Bitwa na gąbeczki


Kiedy pare(naście) lat temu zaczynałam swoją przygodę z makijażem, to największy problem miałam zawsze z odpowiednim nałożeniem podkładu. Kreska na oku codziennie wychodziła mi bez problemu, przydymione oko?- na zawołanie, ale żeby dobrze nałożyć podkład, to była moja najwieksza zmora. W tamtym okresie najbadziej „pro” było oczywiście nakładanie tego produktu pędzlem. Jednak nikt nie mówił wtedy o innych możliwościach, a gąbeczka to była odległa przyszłość. Kiedy jednak pojawił się pierwszy tego typu produkt, to makijażyści z całego świata oszaleli na puncie BeautyBlendera, a konkurencja nieudolnie próbowała zbliżyć się do ideału. Ja sama dosyć sceptycznie podeszłam do tematu, ale po pierwszych użyciach zrozumiałam jej fenomen. Nagle skończyły się problemy ze zbyt dużą ilością podkładu; z plamami, bo gdzieś się wytarł produkt; czy z kolejnymi zakupami nietrafionego pędzla, by znaleźć swój idealny kształt czy rodzaj włosa. I tak, bez wahania przerzuciłam się na różową gąbeczkę. Po kilku dobrych latach stwierdziłam, że sprobujemy jak się mają produkty konkurencji i wierzcie mi kilkanaście marek poległo w przedbiegach. Nie będziemy tutaj robić nikomu niedźwiedziej przysługi ale praktycznie wszystkie drogeryjne produkty są delikatnie mówiąc do bani. Skupimy się jednak na marce, która wywołała u mnie jakiekolwiek emocje. Czy dobre, to się zaraz dowiecie.




Różowy klasyk- BeautyBlender

Nie wiem czy wiecie ale gąbeczka powstała dzięki upowszechnieniu technologii HD. Makijażystka hollywoodzkich gwiazd szukała znacznie szybszej metody niż airbrush ale równie profesjonalnego efektu. Oczywiście jej produkt okazał się spełniać te wymagania. Jako pierwszy plus gąbeczki możemy zaliczyć jej fantastyczny kształt, w zależności od używanej końcówki, możemy nie tylko nałożyć podkład na buzię lub ciało ale także produkty do konturowania czy korektor. Można nakładać nią nie tylko produkty mokre ale także rozświetlacz, róż czy puder w kamieniu lub sypki. I z wszystkim sobie super radzi. Nie „zjada” zbyt dużo produktu ale jednocześnie dba, żeby sciągnąć jego ewentualny nadmiar z buzi. Fajne jest też to, że firma ciągle wprowadza kolejne produkty np. mniejsze/większe gąbeczki ale o tym będzie już w innym wpisie. Praca z wilgotną gąbeczką jest meeega przyjemna. Pierwszy punkt na nie, to jej dosyć wysoka cena w porównaniu z innymi tego typu aplikatorami. Wiadomo- za oryginał się płaci, ale czy warto? Przecież po kilkunastu razach i tak trzeba będzie ją wymienić. Moim zdaniem sporym minusem jest też to, że po kilku myciach gąbeczka już nie wyglada tak wspaniale. Bo oczywiście najważniejszym o czym musimy pamiętać jest jej zamoczenie przed każdym użyciem! Niestety mam manię mycia tych codziennie tych gąbek w gorącej wodzie, bo mam wrażenie że przepłukanie jej w zimnej raczej nie umyje jej porządnie. I tutaj właśnie zaczęłam kombinować, bo przecież po kilku takich porządniejszych „praniach” gąbeczka wyglądała jakby miała nie tydzień, a pół roku.


Pomarańczka od Real Techniques

W pierwszej kolejności chciałam przetestować te gąbeczki, bo oczywiście są tańsze- dwie sztuki kosztują połowę tego co BB. A pamietajmy, że wskazane jest wymieniać tego typu produkt po około 3 miesiącach. No i druga sprawa był ten kształt... trochę dziwny ale stwierdziłam, że co mi szkodzi-  wyprobujemy. I tutaj szok! Po nasączenie jej wodą i odciśnięciu gąbka nie tylko podobnie jak BeautyBlender podwoiła swoje wymiary ale nawet miałam wrażenie, że jest odrobinkę większa. Jej ścięta końcówka nawet nieco lepiej stempluje buzie niż jej pierworodna siostra. I jest jeszcze jedna sprawa... Nie byłam do końca pewna czy faktycznie dobrze pamiętałam, więc poszłam do drogerii i kupiłam jeszcze raz oryginalnego BB żeby się utwierdzić. I tak- pomarańczowa gąbeczka od sióstr Sam&Nic jest lepsza ponieważ jej porowatość jest jeszcze drobniejsza (mam nadzieje że wiecie o co mi chodzi). Gąbeczka moim zdaniem nie pozostawia żadnego nadmiaru produktu na twarzy. Przez to że jest bardziej zbita ale jednoczenie tak delikatna to idealnie wtapia produkt w skore. Przez wiekszą płaszczyznę znacznie szybciej też stempluje się twarz, a dzięki ostrej końcówce możemy także mniejsze lub dokładniejsze partie buzi pokryć produktem. Podobnie jak BB producent obiecuje że także swietnie poradzi sobie z produktami sypkimi. I tu mamy problem, bo niestety ale RT za każdym razem powoduje ciastkowanie się produktu, niezależnie czy nakładałam go śladową ilość czy szczodrze sobie „sypnęłam. I to uznaje za jej największy minus. Nawet przeżyję to, że faktycznie po 2/3 miesiącach musze ja wyrzucić, bo zaczyna się nieładnie kruszyć. Za taka cenę mi to odpowiada- ale trzeba przyznać, że do samego końca jej kolor jest intensywny jak na początku mimo mojego codziennego „prania”.


Dual Ended Real Techniques

No dobra, skoro regularna wersja okazała się genialna to postanowiłam spróbować w końcu dostepnej w drogerii nowości- gąbeczki o dwóch różnych końcówkach, której można używać na sucho. Pierwsze zastrzeżenie miałam już kiedy wracałam z nią ze sklepu i pomyślałam "jak to możliwe że sucha gąbeczka nie zeżre mi produktu?” W teorii powinna pomóc w osiągnięciu pełnego krycia i być używana z produktami o konsystencji płynnej bądź kremowej. Chciałam dać jej szanse. Niestety po odpakowaniu okazało się, że miałam rację- uczucie używania na sucho było jakbym sobie obijała twarz piłeczką do tenisa. Chociaż niewiem czy nawet to nie byłoby przyjemniejsze. Gąbeczka była okropnie twarda i autentycznie nie dało się nią stemplować buzi. Odpaliłam YouTube sióstr, bo stwierdziłam, że coś muszę robić nie tak skoro, nie dość, że czuję się jakbym zeszła z ringu, to jeszcze moja buzia była praktycznie w ogóle nie pokryta jakimkolwiek produktem. Na tutorialu jest pokazane że jednak z właścicielek nie stempluje buzi, tylko bardziej rozciera produkty (co trochę mi się kłóci z ogólnym założeniem idei gąbek) no ale zabrałam się ponownie do testu. Tym razem zmieniło się tyle, że nie wyglądałam jak po bójce, tylko raczej jakbym przez całą noc spała w mocnym makijażu i wstała właśnie z łóżka. A gąbeczka zjadła mi tyle produktu, że stwierdziłam - nigdy więcej! Co więcej, próbowałam ją delikatnie umyć, bo przecież teoretycznie gdybym miała jej jeszcze używać, to przecież powinna być czysta- ale gąbeczka nie wypuściła nawet kropelki jakiegokolwiek produktu! Także z całym szacunkiem, ale ta gąbeczka nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego, chyba że do obrony gdy zaatakuje cię jakiś złodziej kosmetyków- śliwa pod okiem gwarantowana.


Miracle Powder Real Techniques

I teraz przechodzimy do kolejnego dziecka sióstr. Gąbeczka do produktów sypkich lub w kamieniu. Ma delikatny meszek, fakturą przypomina trochę skórkę brzoskwini. I to jest chyba jej fenomen. Do gąbeczki przyczepia się cały produkt, niezależnie czy wysypiecie sobie odrobinkę czy porządnie sypniecie np. do bakingu. W zależności też czy będziecie stemplować buzie czy raczej rozetrzecie produkt można stopniować zmatowienie twarzy. Chociaż ja nie jestem zwolenniczką „tarcia” produktami po twarzy, to jednak każdy może sobie dostosować technikę do siebie. Można stosować ją zarówno na sucho jak i na mokro. A jej czyszczenie (także na sucho lub na mokro) nie powoduje u niej żadnych ubytków. Jest to niezaprzeczalne idealne dopełnienie pomarańczowej gąbki. Ta jest perfekcyjna w tym, z czym tamta sobie nie radzi. I ośmielę się powiedzieć, że jest to aplikator, który pozwoli Wam najszybciej i najbardziej precyzyjnie nałożyć puder! Jestem 3 razy na TAK!






Brak komentarzy