Projekt "Idealna Szafa"


Ten „projekt” siedzi mi już w głowie już od początku 2018 roku. Nawet wtedy zapisałam sobie w plannerze, żeby zrobić kilka wpisów na ten temat. Wtedy jednak chciałam podzielić to ze względu na analizę kolorystyczną oraz typy sylwetki. Ale wiecie co? Przez ten czas wiele się zmieniło i uświadomiłam sobie, że tak naprawdę w tym wszystkim od kolorów i fasonu ubrania ważniejsza jestem szczęśliwa ja.

Jak widzicie jestem ogromną fanką szafy kapsułowej. Wcześniej, im więcej ubrań miałam, tym więcej czasu zastanawiałam się co na siebie włożyć i ostatecznie ciągle chodziłam w tym samym. Kiedy zaczęłam mieć wiekszą świadomość tego w czym mi do twarzy, co lubię nosić najbardziej i jakie ubrania pasują do mojego trybu życia, to okazało się że połowa naszej 3,5-metrowej szafy (do której nie mieściliśmy się sami z Robertem) jest do śmieci. Na szczęście nie skończyła w koszu, tylko sprzedana lub rozdana, ale jednak zrobiło się jakoś przejrzyściej. Powolutku zaczął wyostrzać się mój preferowany styl, kolory które lubię i czuję się w nich najlepiej oraz to czego nigdy w życiu bym nie założyła. Co do samych fasonów i słynnej analizy kolorystycznej: Nie ma co się ich sztywno trzymać, bo w takim razie musielibyśmy mieć w szafie jeden fason konkretnych ubrań, a przecież nie o to chodzi w modzie. Moda jest po to by przełamywać schematy, by się nią bawić i po to, żeby wywoływała uśmiech na naszej twarzy. Niemniej myślę, że tutaj jest trochę jak z matematyką- warto poznać podstawy, by wiedzieć jak pomijać długie równania, a wynik był poprawny. Co tyczy się analizy kolorystycznej, to warto wiedzieć że ona ma sens tylko w naszej naturalnej postaci. A przecież na codzień większość z nas ma makijaż, inny kolor włosów czy choćby przyciemnione brwi. A to wszystko zmienia nasz naturalny wygląd. Dlatego ja wychodzę z założenia, że każdy kolor jest dla każdego, bo napewno znajdzie się odcień, który będzie do nas pasować- nawet i bez makijażu. A w dodatku, kiedy uwielbiam kolor zielony i sprawia mi on radość, a niestety nie leży w mojej "gamie kolorystycznej" to przecież nikt nie powiedział że nie mogę go dodać w formie dodatków lub dolnej części garderoby. Wtedy napewno nie zrobi nam niedźwiedziej przysługi. Co do fasonów, to sprawa się ma trochę gorzej, bo faktycznie niektóre mogą nam zrobić trochę „krzywdy” ale ponownie- kto by się tym przejmował- jeśli jestem niska i wszyscy każą chodzić mi w szpilkach, by dodać sobie kilka cm, a ja uwielbiam trampki to mam to w nosie i biegam w trampkach. Poza tym ogólne kanony piękna zmieniają się jak w kalejdoskopie i nie zmienia się tylko jedna moda- na bycie sobą! Nic nie będzie leżało na nas dobrze, jeśli będziemy ciągle starać się wpasować w coś co jest stałe jak kierunek wiatru... A kiedy będziemy tryskać pewnością siebie, czuć się fantastycznie w czym co według wszelkich norm nam nie pasuje, to nikt nie zwróci uwagi na to czy jesteśmy jabłkiem, gruszką czy inną śliwką w fasonie przeznaczonym dla klepsydry... Nie wiem czy wiecie ale standardowy podział na owoce, kształty czy litery już dawno nie obowiązuje na świecie. Mam wrażenie ostatnio że tylko polskie pseudostylistki używają tego by moc zarobić na „pomocy” w doborze „pasujących” ubrań.
Dlatego moja dewiza to solidna szafa „zwyklaków” i kilka sztuk ubrań w trendzie z efektem wow. Jednak mam jedną zasadę, której zawsze się trzymam na zakupach- choćby niewiadomo jak bardzo podobało mi się konkretne ubranie, to muszę mieć w głowie ułożone co najmniej 3 stylizacje z jego użyciem. Nie lubię jeśli coś pasuje tylko do jednej konkretnej rzeczy, bo jest mi najzwyczajniej na to szkoda miejsca w szafie.
Najważniejsze w tworzeniu szafy idealnej jest wiedzieć jak się chce wyglądać i to konsekwentnie realizować. Kupować ubrania które nam się podobają i nam pasują (wystające boczki lub fałdki spod przymałej bluzeczki to najgorsza „figura” jaka może być, niezależnie od rozmiaru) i w których czujemy się dobrze. Bo moim zdaniem ubrania są jak przyjaciele- powinna się liczyć ich jakość a nie ilość.





Brak komentarzy