Historia porodowa, czyli "kolejny poród jest łatwiejszy"


No nareszcie, po ponad dwóch miesiącach opowiadania tej historii każdemu kto miał na to ochotę w końcu zabieram się aby to spisać. Mowa oczywiście o historii mojego trzeciego naturalnego porodu.


Żeby zacząć od początku musiałabym cofnąć się do lutego. Właśnie wtedy moja przyjaciółka urodziła swoje najmłodsze dzieciątko i powiedziała mi słowa od których zaczęły się już moje pierwsze bóle przedporodowe. Jako że był to jej trzeci poród, a ja (licząc swoje naturalne) też na ten się szykowałam, to dowiedziałam się że z drugim to zawsze łatwiej ale z trzecim to już niekoniecznie. Że podobno zdarza się, że trzeci poród jest najgorszy ze wszystkich. A jeśli jesteście już z nami jakiś czas to wiecie, że moje wspomnienia z porodów naturalnych były raczej pozytywne. I tym razem też byłam nastawiona na rodzenie siłami natury, bo miałam w głowie, że dziewczynki potrzebują od razu w pełni sprawnej mamy i będę musiała szybko wrócić do formy. Nie było opcji, poza mocno medycznymi wskazaniami, żebym dała się jeszcze raz kroić. Ale kiedy słyszysz, że kobieta, która urodziła bez większych problemów dwójkę dzieci mówi ci, że trzeci potrafi pokazać rożki to jednak ciśnienie troszkę do góry podskakuje. Także jeszcze raz- dzięki Kama! Jednak wracając do bliższej rzeczywistości to muszę przyznać, że obawiałam się że nie dotrwamy do sierpnia. Nawet moja pani ginekolog śmiała się "co ja jeszcze robię w tym stanie", kiedy mnie zobaczyła 2-go sierpnia, bo faktycznie szyjka była mocno skrócona i miękka jak galaretka już od dłuższego czasu. W zasadzie sama obstawiałam, że na ten termin KTG nie będę musiała już iść, bo będzie już dawno po wszystkim. Jednak naszedł weekend i z soboty na niedziele skurcze i bóle krzyżowe które męczyły mnie od prawie 2-óch miesięcy przybrały tak na sile, że obudziłam Roberta z całkowitym przekonaniem że to już. I tym oto sposobem mój mąż o 2:30 w niedziele biegł do bankomatu by wybrać pieniądze „w razie czego”. Nie chcielibyście widzieć jego miny, kiedy pokonał tę trasę ze swoim życiowym rekordem, a wpadając do domu dowiedział się... że mi przeszło. Niedziela upłynęła całkowicie spokojnie i w zasadzie nastawiłam się że w kolejną środę będzie mnie czekało następne KTG. Kiedy w poniedziałek rano Robert wychodził do pracy to prawie na równi z momentem kiedy zamykał drzwi dostałam pierwszego skurczu. 6:02 dokładnie wskazywała godzina na zegarku. I pierwszy raz w swoich historiach porodowych pomyślałam, że może zacząć zapisywać skurcze na aplikacji ciążowej którą miałam w telefonie. Wierzcie lub nie ale na każdy z porodów jechałam „na wyczucie”, kompletnie nic nie notowałam i nie skupiałam się aż tak bardzo na odstępach pomiędzy bólami. Jednak tym razem coś mnie natchnęło, a może to było po prostu poczucie że to jest już raczej ostatni raz, kiedy mogę coś takiego zrobić, więc zaznaczyłam skurcz i poszłam dalej spać. Długo to nie trwało, bo chwile później usłyszałam charakterystyczne szuranie i Zojka niecałe pół godziny później zasnęła w naszym łóżku. Ja zaznaczyłam kolejny ból i tak chyba zasnęłyśmy obie. I w zasadzie tak „dla jaj” sobie zaznaczyłam tę bóle, chociaż byłam przekonana że to nie jest ten dzień, bo przecież dokładnie takie same bóle, a nawet mocniejsze, towarzyszyły mi przez ostatnie miesiące. Zaczęłam normalny poniedziałek od ogarnięcia mieszkania. Później, kiedy dziewczynki jadły śniadanie ja napisałam kolejny wpis na bloga i stwierdziłam, że wypadałoby może zrobić do niego jakieś zdjęcia. I w gruncie rzeczy tak sobie spisywałam kolejne skurcze raczej w formie zabawy, niżeli faktycznego sprawdzenia ich częstotliwości. W okolicach godziny 10-ej wysłałam Robertowi screen aplikacji z ich ilością, jednak w moim przypadku taka aplikacja jest mimo wszystko mało wiarygodna. Od pierwszego porodu z Zuzą moje skurcze aż do momentu porodu były zawsze nieregularne, także wiedziałam, że nie będzie co czekać aż do końca. Jednak na tamten moment wiedziałam, że bóle co 10-15 minut to jeszcze zdecydowanie nie to. Robert oczywiście pomyślał że robię sobie z niego jaja, ale kiedy uwierzył to już chciał wracać. Ja w najlepszym możliwym humorze powiedziałam, że jeśli się rozpakujemy w nocy to będzie i tak cud. Nie dopuszczałam do głowy tego, że oto właśnie trwa w najlepsze druga faza mojego porodu, bo ciagle wydawało mi się, że te bóle są całkiem „niebolesne”... W południe zadzwoniłam do swojej położnej by potwierdzić wizytę kontrolną i napomknęłam, że coś tam się Bejbik nam rozpycha. Pani Alicja jak to ona, powiedziała tylko „ja mam do Ciebie Rybko zaufanie, bo Ty się sama świetnie znasz ale nie wpadaj później jak do 14.30, bo tak kończy mi się dzisiaj dyżur w szpitalu”. I zaczęłam się powolutku szykować; prysznic, makijaż, ubieranie się. Około 13-ej dostałam kolejną wiadomość od Taty Robaka, że już mogłabym urodzić, bo wybitnie nie ma nastroju dzisiaj na pracę, a w dodatku po niedzielnej nocy jest wyczerpany. Praktycznie od razu napisałam mu że w takim razie niech się zbiera do domu, bo będę rodzić- oczywiście od razu był telefon z upewnieniem się czy nie zmyślam i po krótkiej rozmowie ustaliliśmy, że dzisiaj napewno coś się zacznie. Chwile wcześniej zauważyłam że ostatecznie odszedł czop, a nawet w przypadku Zuzy od tego momentu do skurczów partych zajęło to ok. 5 godzin. Jednak ciągle byłam w wielkim szoku dlaczego tak mało mnie to boli. Kiedy Robert przyjechał do domu z przerażeniem zapytał czy zdąży jeszcze wziąć prysznic, a potem wypić kawę. Zaśmiałam się że w sumie to jeszcze może nawet obiad by zdążył zjeść. Pamiętał że przystanął w tamtym momencie na chwile i stwierdził że napewno jeszcze nie rodze, bo mam zbyt dobry humor. Ostatecznie 14:15 wyszliśmy z domu i w tamtym momencie skurcze były średnio co 5-7 minut, oczywiście w czasie całej podróży do szpitala wszystko jak ręką odjął. Pomyślałam że zrobię z siebie wariatkę bo nic się nie dzieje a ja pędzę do szpitala... Pierwszy skurcz przyszedł dopiero kiedy wchodziłam po szpitalnych schodach. Kiedy moja położna mnie zobaczyła to zaczęła się śmiać że niemożliwe żebym rodziła, bo wyglądam jakbym sobie na spacer wyszła. Oczywiście chwile musieliśmy poczekać, aż jej wcześniejsza klientka wyjdzie i dopiero wtedy się nami zajęła. Zostałam podłączona pod KTG i w dalszym ciągu byłam przerażona tym, że przecież te skurcze są tak słabe że jeśli to faktycznie poród to będę rodzić przez 40-ści godzin. I tutaj przypomniała mi się sytuacja Kamili, która notabene pisała co rusz do Roberta "czy to już, czy to fałszywy alarm". Po półgodzinnym badaniu czyli chwilkę po 15-ej przyszła pani doktor, która zrobiła usg i dopiero wtedy naprawdę poczułam, że to jest chyba już. Skurcz który przyszedł w tamtym momencie przypomniał mi wszystkie moje wcześniejsze porody. Obawiałam się jedynie jeszcze jednego- że powiedzą mi że jest dopiero 2/3 centymetry rozwarcia, więc przy najgorszych wiatrach faktycznie spędzę tam jeszcze 8 godzin... Położna jeszcze raz zaśmiała się, że szkoda że nie przyszłam w sukience i szpilkach, bo właśnie jest 7/8 centymetrów i zdecydowanie nie jest to rutynowe KTG tylko przechodzimy do sali porodowej. Odetchnęłam z ulga że w takim razie najwyżej po 2-óch godzinach powinno być po wszystkim. Przeszłyśmy z moja siostrą do sali porodowej, Robert pobiegł na parter po plan porodu, a my jeszcze w najlepsze śmiałyśmy się chociaż co 3 minuty przez kilkadziesiąt sekund do śmiechu mi nie było. Równo o 15:30 przyszedł skurcz który miałam wrażenie że ciągnął się w nieskończoność i wtedy powiedziałam do siebie i brzuszkowego, że daję mu pół godziny czasu na ewakuacje, bo inaczej chcę cesarkę. Później skurcze były tak intensywne że jedyne co pamietam to to że moja siostra przykładając mi chłodne dłonie do odcinka lędźwiowego powiedziała tylko „Klaudia nie chcę Ci nic mówić ale jest za 6 minut 16-sta”. Jak możecie podejrzewać wzrok który jej posłałam do najmilszych nie należał i tylko sama sobie odpowiedziała „okej już nic nie mówię” 🙈 W tamtym momencie najgorsze było to, że skurcze i bóle krzyżowe były nie do zniesienia ale wciąż brakowało cm rozwarcia (chociaż to akurat nie byłoby problemem, bo przecież Zoja urodziła się na 8-miu) i w dalszym ciągu nie odeszły mi wody. To spowodowało że cała ta zabawa trwała i trwała... Leo zaczął już schodzić w kanał rodny i to co pamietam to, to że zaczęła mi drętwieć ręka i miałam tak mało sił, że obawiałam się że nie dam rady przeć, bo nie miałam jej nawet na tyle by sama się położyć na łóżko. Na szczęście przy pomocy Pani Alicji i Roberta jakoś się położyłam i położna sprawdziła że jest już upragniona 10-ka. Ja w tym momencie automatycznie dostałam skurcze parte, jednak wiedziałam, że worek owodniowy dalej jest w całości więc Leo nie wyjdzie. Położna poprosiła o to by Robert zadzwonił po lekarkę (podejrzewam że chcieli go chyba przebić) a ja w tym czasie wrzasnęłam, że mają być i to natychmiast bo mam już parte. Moja położna na to zamarła na 1,5 sekundy, które wydawały mi się wiecznością i wrzasnęła śmiechem, że mam w takim razie przeć. Jak tylko dostałam zielone światło to uwierzcie mi że zejście z łóżka i ustawienie się do pozycji jaka mi się wydawała najwygodniejsza to była najszybsza akrobacja w moim życiu. W czasie następnego skurczu partego nie tylko pękł worek, odeszły wody ale także od razu na świecie pojawiła się mała czarna główka. Po kolejnym i ostatnim skurczu usłyszałam tylko wrzask Roberta „ma jaja!!!”, ale sekundę później usłyszałam płacz Bejbika i już wiedziałam że wykonaliśmy wszyscy dobrą robotę. Od razu poczułam niesamowite uczucie spełnienia i radości- przede wszystkim dlatego, że już chyba jestem ostatni raz w tej sali. Naturalnie od razu polały się łzy szczęścia że nasz Skrzacik jest cały i zdrowy, że Tata Robak ma swoją mini męską ekipę i że uwinęliśmy się z tym wszystkim w zasadzie w 2 godzinki od wejścia do szpitala.
I oczywiście po tym wszystkim najmocniej cieszyłam się na w końcu przespaną noc, bez wstawania do toalety, bez sprawdzania czy dziewczynki są przykryte, a nawet bez ciążowej bezsenności. Ale to jak bardzo się pomyliłam, to już temat na kolejny wpis :)

P.S tak, ostatnie zdjęcie jest zrobione około 30-ści minut po pojawieniu się Bejbika na świecie ;)
P.S 2 tak wiem, Robert bardziej wyglada jakby rodził niż ja





Brak komentarzy