Nieświąteczne święta


Dzisiejsze hasło dnia, które już pewnie usłyszeliście z milion razy - święta, święta i po świętach. U nas mignęły one nawet nie wiem kiedy. Były to zdecydowanie najbardziej zakręcone, najmniej świąteczne święta jakie przeżyłam. 


Myśle że to dlatego że „zajączka” dostaliśmy już jakiś czas temu i teraz trzeba tylko o niego jeszcze troszkę zadbać, a w związku z nadchodzącymi wydarzeniami zawczasu zabraliśmy się do urządzania mu gniazdka. Te kilka dni przeleciało nam jak żadne inne. Chociaż nie powiem, bo pierwsze efekty szczerze cieszą oko i było warto. Dziewczynki też już odczuwają pozytywne napięcie związane z powiększającym się brzuchem i przyjściem na świat najmłodszego członka rodziny. I to co mnie cieszy najbardziej, to że starszaki z wielką radością przyjęły na swoje osobiste 30 metrów najmłodszą siostrę. Mimo, że jest jeszcze trochę czasu to myśle że takie posuniecie było dobre już teraz, bo wiem że w razie jakichkolwiek problemów mam jeszcze czas, by przyzwyczaić Zoję do nowej sytuacji, a także nie poczuje się ona odepchnięta i wyrzucona z własnego kącika, bo pojawił się ktoś mniejszy. Co prawda zawsze, kiedy mieliśmy jakichkolwiek gości to i tak spała ona u dziewczynek, starsze siostry mają też lepsze zabawki także i tak większość czasu spędzały właśnie tam, więc nie jest to dla niej jakiś szok życia ale mimo wszystko zastanawiałam się jak będzie przebiegać ich socjalizacja na dłuższą metę. I przyznaje że jest nieźle. Narazie. Oczywiście wracając do świąt to nie tak że przez ten długi weekend lataliśmy tylko z walkiem, tapetami i klejem. Udało nam się wczoraj wyjść na strasznie fajny spacer, złapać kilka iście letnich promieni słońca i nawet wpaść na pierwsze w tym roku lody. Zajączek oczywiście odwiedził dziewczynki, chociaż nie obyło się bez mikro zawału serca kilka dni przed świętami. Ni z gruszki, ni z pietruszki w czwartek wchodzi Suzi i oznajmia że ona "to by najlepiej chciała dostać rower od zajączka, ale taki zielony i z koszyczkiem z przodu żeby mogła wozić swoją Lucy". W głowie już próbuję sobie wyobrazić konwersację z Tatą Robakiem na temat dopisania do naszego budżetu domowego na ten miesiąc sumy na zielony rower z koszyczkiem i oczyma wyobraźni widzę jego zachwyconą minę... Bardzo spokojnie więc pytam: "Zuziu ale jak ma Ci zajączek przynieść taki prezent?” a w głowie zastanawiam się gdzie mogłabym dostać rower (zielony i w dodatku z koszykiem), tak by za dwa dni był u nas. Na co Zuza rezolutnie odpowiada: „A no tak, on jest taki malutki to nie da rady unieść dużego roweru- to w takim razie poproszę notes żebym mogła sobie porysować” I bum, szok totalny jak jej głowa rozpracowała taki schemat myślowy- no po prostu najbardziej ekonomiczne dziecko na świecie :) A mnie po raz kolejny udało się wyjść z niepotrzebnego dramatu obronną ręką, chociaż nawet się do tego nie przyłożyłam. Takie macierzyństwo to ja uwielbiam ;)


Brak komentarzy