„Mamo! A ona mi..."


Ostatnio każdego dnia przechodzimy prawdziwe bitwy o wszystko. Każda z dziewczynek ma już swoje zdanie, swoje wysublimowane wymagania i wielką potrzebę wszystkiego tego, co akurat znajduje się w rękach siostry... I niestety, już parę razy zdarzyło mi się powiedzieć najgorsze zdanie na świecie - "daj jej to, bo ona jest młodsza”. Ten, kto jest pierworodnym dzieckiem wie, że nie ma zdania, które wpływało by na poczucie własnej wartości bardziej, niż właśnie ten argument -jest młodsza/y to może wszystko. Problem w tym, że przecież najstarsze dziecko nie wybrało sobie samo tej roli.


Wiadomo, że każdy z nas chce aby rodzeństwo się kochało i darzyło wzajemnym szacunkiem. Nie raz jako argument rozstrzygający moje spory z chłopakami słyszałam „Rodzeństwo musi się kochać, a nie kłócić bo kiedyś będziecie siebie potrzebować- zobaczycie”. Ale wiecie co wtedy powtarzałam w mojej dziecięcej głowie - nigdy w życiu nie będę potrzebować tego głupka (w miarę upływu lat ostatnie słowo wymieniałam na bardziej adekwatne;)). I nie raz, nie dwa na głos zdecydowanym głosem mówiłam, że zdecydowanie bardziej wolałabym być jedynaczką. Teraz jednak obserwując taka samą relacje z tej drugiej strony rozkładam ręce. Nie chcę wmuszać im wzajemnej miłości do siebie, bo te trzy charaktery są tak różne, a jednocześnie tak podobne, że nie ma możliwości by wszystko szło gładko. Poza tym to właśnie w tej relacji na codzień spotykają się z miłością ale także rywalizacja i notorycznym porównywaniem. Trudno w tej sytuacji uniknąć żalu, rozczarowania czy złości. I nawet jeśli z całych sil staram się nie wyskakiwać z „bo ona już ... a ty jak zawsze jeszcze nie" to jednak widze że dziewczynki same się do siebie porównują. Kiedy proszę ktoras o posprzątanie to zawsze słyszę „ale ona tego nie robi” albo „ale to nie ja nabałaganiłam”. Ciężko w tej sytuacji dojść do prawdy, kto ile zawinił, a z drugiej strony zasada wszyscy za jednego tak samo mija się z celem (wiem to na własnym przykładzie). Ciężko w codziennym zabieganiu wspierac tylko pozytywne aspekty tak złożonej relacji i przekładać to na jezyk zrozumiały dla 6-, 4- i 2-latki. A przeciez właśnie taka jest rola rodziców. Po codziennej analizie doświadczeń, przeczytaniu kilku całkiem fajnych pozycji na ten temat i rozmowami z innymi rodzicami rodzeństw, wyciągnęłam kilka wniosków na ten temat. Pierwszy z nich jest na maksa niepedagogiczny więc potraktujcie go jako ostateczność kiedy wszystko inne zawiedzie.

1. Nic nie jednoczy bardziej niż wspólny wróg.
Taaak, to mój sposób na przetrwanie conajmniej jednego ranka w tygodniu, kiedy spieszymy się by wyjść na czas z domu. Zamiast mówić „znowu przez ciebie nie zdążymy, dlaczego nie możesz być jak ta starsza/ta druga/ta młodsza, tylko zawsze się guzdrzesz” mówię „ w porządku za 3 minuty wychodzimy, a ty zostajesz w domu, ponieważ nie jesteś gotowa”. Natychmiastowy przypływ ciepłych siostrzanych uczuć za pierwszym razem mnie przytłoczył... Nagle okazało się, że wszystkie tak się kochają, że są w stanie sobie wzajemnie pomóc ubrać buty, czy zanieść za sobą talerz po śniadaniu- tylko po to, by jedna z ich stada nie została wyrzucona za burtę. Dlatego czasami, (podkreślam czasami!) warto stanąć po drugiej stronie barykady, żeby obserwować rozwój relacji.

2. Nie wszystko jest nasze!
Z mojego doświadczenia wynika że dużo łatwiej kiedy dziewczynki dostają wspólny prezent, wtedy wiedzą, że muszą się nim podzielić, ponieważ należy do każdej z nich. A kto chociaż raz nie powiedział dziecku „musisz się dzielić- to jest twoja siostra/twój brat” niech pierwszy rzuci kamienim- matki jedynaków się nie liczą, chociaż jest to też zdanie bardzo często powtarzane na placach zabaw;) Ale paradoksalnie, kiedy każda z nich dostaje coś tylko dla siebie (nawet dokładnie tą samą rzecz) to zaczynają się kłócić. I wtedy kluczem do tego jest uszanowanie prywatności każdej z nich. Patrząc przez pryzmat osoby dorosłej- są też rzeczy, którymi nie podzielilibyśmy się bez wahania. Lubimy nasze rzeczy jeszcze bardziej dlatego że należą właśnie do nas. Dlatego jeśli któraś przychodzi i mówi że ta druga nie chce się z nią czymś podzielić lub pyta mnie o zgodę na zabranie czegoś co należy do siostry to wtedy moja odpowiedz jest jedna „to nie jest  moje, musisz zapytać siostry” i to co jest najgorsze to uszanowanie decyzji jaka by ona nie była. W tym punkcie warto jednak mimo wszystko wspominać dziecku o tym, że dzielenie się jest fajne; miło jest, kiedy tobie ktoś coś pożyczy, pozwoli się pobawić swoim ulubionym autkiem, więc ty też możesz komuś sprawić taką radość. P.S a w najgorszym razie przytoczyć sytuację, kiedy to maluch stoi pod talerzem rodziców z otwarta buzią licząc na dodatkowy kęs deseru i rodzic też się z nim dzieli ;)

3. Szanowanie prywatności.
Skoro nie wszystkim trzeba się dzielić, to trzeba nauczyć tego że jeśli coś nie należy do mnie to należy zapytać się przed ewentualnym użytkowaniem. Wiem, że u nas ten etap dopiero się rozwija ale pewnie za chwilę pojawią się notesy, szafeczki ze skarbami i inne miejsca, gdzie na wierzchu ogromnymi literami będzie zaznaczone że nie wolno tego ruszać. Myśle że każdy człowiek, nawet dorosły potrzebuje takiego miejsca, takiej rzeczy gdzie może się całkowicie odsłonić, bez ryzyka oceny. Dlatego sekretne pamiętniki, listy czy maile powinny zostać sekretne dopóki właściciel nie stwierdzi inaczej.

4. Nie porównuj.
Najtrudnieszy punkt wychowania wiekszej liczby dzieci. Dlatego w nawiasie dodalabym - nie porownuj dzieci w ich obecnosci. Każdy rodzic porównuje. Nie ma zmiłuj- sprawdzamy czy dobrze się rozwijają porównując z dzieckiem koleżanki, sprawdzamy czy są grzeczne na podstawie innych dzieci w otoczeniu. Ba! Przecież dokładnie to samo robimy sobie- porównujemy się do szczuplejszych, lepszych albo gorszych by poprawić sobie humor. Niestety nie prowadzi to do nikąd w naszym przypadku, już nie mówiąc o dzieciach. Najgorzej jednak kiedy w obecności dziecka powiemy „bo wiesz mój syn jest strasznym leniuchem, a córka to taki łobuz”. W dorosłym świecie nazywa się to przyklejanie etykiety i niestety zazwyczaj kiedy już raz się coś do nas przyklei, to później diabelnie trudno jest to odkleić i udowodnić swoją wartość. A w przypadku dzieci działa to także poniekąd jak samospełniającą się przepowiednią. Siła słów i sugestii naprawdę jest niesamowita. Zamiast porównywać ze sobą dzieci, lepiej mówić każdemu z osobna, co w nim cenimy, co czyni je wyjątkowym i niepowtarzalnym. Dlatego w momentach, kiedy proszę którąś żeby coś zrobiła i słyszę „ale to nie ja, to ona” albo „ale ona tego nie robi/nie chcę mi pomóż” to staram się to zwalczyć „przecież prosiłam o to ciebie a nie tą drugą lub trzecią” a kiedy doda się jeszcze że wiem że właśnie ona sobie doskonale z tym poradzi to działa to na moje dzieci jakby już otrzymały nagrodę bez wysiłku i wtedy jak na skrzydłach lecą wykonać moja prośbę- zobaczymy jak długo będzie to działać.

5. Sprawiedliwie.
I to jest punkt, który wywnioskowałam po przeczytaniu pewnej pozycji książkowej, który absolutnie mnie zaskoczył a jednocześnie zachwycił i pokazał że sporo jeszcze przede mną. To, że staramy się wszystkie dzieci traktować równo, to jeden z najwiekszych rodzicielskich błędów. Powinnismy traktować je sprawiedliwie ale co absolutnie nie oznacza że równo. Każdy ma inne potrzeby w zależności np. od swojego wieku. Czy sprawiedliwym jest traktować 15-latka jak noworodka? Nie wiem, czy do końca rozumiecie o co mi chodzi. Są dzieci, które nie lubią się przytulać i dla nich wieczorny buziak jest satysfakcjonującym i wystarczającym okazaniem uczucia- czują się wtedy kochane i doceniane. Ale to nie znaczy że brat czy siostra tego dziecka musi być tak samo traktowany, w momencie kiedy jest typem małej pandy, która najchętniej w ogóle nie schodziłaby z ramion rodzica. Dlatego każde dziecko powinno się traktować jako osobną jednostkę, starać się każdego z osobna traktować sprawiedliwie co nie znaczy że dokładnie tak samo jak jego rodzeństwo. Każde z nich jest różne dlatego należy je różnie traktować. Uczy je to także tego, że w dorosłym życiu nie zawsze jesteśmy wszyscy traktowani równo, co nie oznacza że wszystko jest niesprawiedliwe.

6. Nie jesteś rodzicem.
Daje głowę że wszystkie pierworodne córki (chociaż synowie pewnie też) teraz zgodzą się że mną w 100-u procentach. To nie dziecko decyduje o tym ile ma rodzeństwa i że akurat ono jest najstarsze. Słynne zdanie „zajmij się nim bo jesteś starsza” słyszałam w życiu tyle razy że przysięgłam sobie (kiedy w końcu wyrosłam z notorycznego powtarzania że chcę tylko jedno dziecko), że nigdy w życiu moje najstarsze dziecko tego nie usłyszy. Kochani rodzice całkowicie wybaczam Wam to, że robiliście mi w ten sposób krzywdę, bo najpewniej sami (jako najmłodsi) nie znaliście bólu i obciążenia psychicznego, jaki ono za sobą niesie. Najgorzej kiedy zrzucając odpowiedzialność za młodsze rodzeństwo z drugiej strony wymaga się od niego by się nie wywyższało nad resztą. Jest to potwornie trudne, bo jest się odpowiedzialnym za kogoś, kto kompletnie nie czuje do nas szacunku i doskonale wie, że za jego zachowanie zostanie oceniony ktoś inny. Dużo lepiej jest kiedy zachęcamy i pozwalamy na pomoc starszego rodzeństwa względem młodszego. Zuza mając trochę ponad półtorej roku potrafiła nakarmić Bibi - tak, oczywiście że było to pod moją całkowitą opieką. Nigdy nie chciałam budować już od narodzenia dziecka muru pomiędzy rodzeństwem. A prawda jest też taka, że nikt nie zostaje później obdarowany piękniejszymi minkami i usmiechami niż właśnie starsze rodzeństwo. Dlatego ewentualnie zachęcamy, a nie zmuszamy do pełnienia roli niani- pozwalamy oglądać, „pomagać” przy codziennych czynnościach i tym samym przyzwyczajamy do nowego porządku panującego w domu.

7. Swieta krowa.
I tutaj dochodzimy właśnie do zdania „Zostaw ja/ Daj jej/ Pozwól jej - bo jest młodsza”. Chociaż patrząc na ten punkt całkowicie obiektywnie to musiałabym poruszyć tutaj też inna formę tego argumentu - "Daj jej bo jesteś starsza i mądrzejsza”- czyli nie tylko przyklejamy łatkę młodszemu dziecku że jest głupsze to jeszcze naszym argumentem jest znowu to, na co starsze dziecko nie miało wpływu czyli moment, że urodziło się wcześniej. Poza tym na dłuższą metę nie tylko zmuszamy starsze dziecko do całkowitej uległości- mimo wszystko- to jeszcze uczymy młodsze że wszystko otrzyma dlatego, że miało szczęście urodzić się jako młodsze (i głupsze). A przecież te dzieci kiedyś dorosną i analogicznie starsze będzie wszystkim odpuszczać, bo tak trzeba, a młodsze zderzy się z rzeczywistością, kiedy jego wiek nie będzie argumentem do otrzymania tego co sobie zażyczy.

8. 3,2,1...bum
Kłótnia, awantura, armagedon, waśń, bójka - jak zwał tak zwał. Wiadomo że kiedy przebywa się ze sobą praktycznie non stop, to raz na jakiś czas na wierzch wypływają także te negatywne uczucia. Nie ma co ukrywac że one nie istnieja lub kazać je w sobie tłumić bo przeciez „dziewczynki tak brzydko nie robia/ chłopcy nie placza” czy jeszcze inne ludowe mądrości. Wiadomo że kiedy dochodzi do wybuchu to nikt z nas nie stosuje zaleceń poradników tylko najczęściej działamy intuicyjnie. Po pierwsze żeby jak najbardziej ograniczyć ewentualne szkody, a póżniej żeby jak najszybciej zakończyć spór. Ale teraz z ręką na sercu - kto potrafi w środku zażartej awantury z mężem/ żoną nagle zamknąć oczy na 2 sekundy i następnie być całkowicie wyluzowanym tak jak przed jej rozpoczęciem? A teraz należy sobie odpowiedzieć czemu wymagamy tego od dziecka, jeśli sami nie potrafimy tego kontrolować? I tu kolejny punkt, który warto sobie uświadomić i najlepiej zapamiętać na tyle by zaczac być naszym intuicyjnym działaniem. Negatywne emocje są w każdym z nas i każdy powinien je uwalniać w jakiś sposób. Wspólnie z dzieckiem należy znaleźć sposób by sobie z nimi radzić. W literaturze jest na to kilka sposobów i dla mnie póki co jeden jest najbardziej logiczny i to pod nim bym się podpisała. Najlepiej żeby każde dziecko opowiedziało swoja wersje zdarzeń i uzmysłowienie mu że całkowicie mial prawo się tak poczuć jednak ostatecznie można było rozwiązać dana sytuacje w inny sposób. Do bardziej hardcorowych sposobów niektórzy zaliczaja - wyzycie się na lalce, misiu w taki sposób jaki zrobili by krzywde rodzeństwu i pisanie listow z tym wszystkim co mają ochote powiedziec teraz drugiej stronie sporu. Jako rodzic rodzeństwa mysle że dla mnie kluczowe jest by nauczyc się rozwiązywać problemy bez agresji więc obserwowanie jak dziecko z satysfakcja wali głowa lalki o podłogę i tłumaczenie mu w tym czasie że ma prawo się tak czuc trochę mija się z moim poczuciem macierzyństwa.

9. Nie badz katem.
Najbardziej lubię, kiedy dziewczynki rozwiązują swoje sprawy same. Bardzo często staram się im przypominać o tym, że to one same muszą się dogadać, a tym samym nie staję po żadnej ze stron. Kiedy były młodsze i chciałam im sędziować w takich sytuacjach, to zauważyłam że każda kłótnia ma jeden cel- zwrócić moją uwagę i następnie wywalczyć to, za kim się wstawię. Teraz tego sposobu próbuje Zojka i przybiega poskarżyć się z każdym problemem. I chociaż jest to śmieszne i urocze na swój sposób, to jednak ja już wiem już jakie może mieć to konsekwencje za chwilę. A samodzielne negocjacje moim zdaniem mogą także nauczyć ich wielu innych pozytywnych rzeczy. Przecież prędzej czy później po kłótni następuje pojednanie- jest to nauką wypracowywania kompromisu, negocjacji czy nawet wybaczania. Już od małego pokazuje że każdy z nas może mieć odmienne zdania na każdy temat i nie jest w tym nic złego.

10. Nie tylko siostra/brat.
Kiedy ma się więcej dzieci niż dwoje to dosyć ciężki temat do ogarnięcia. Zwłaszcza logistycznie. Ale naprawdę bardzo ważne jest by spędzać czas z każdym dzieckiem osobno- chociaż chwilkę. Skupić się wtedy wyłącznie na tym jednym konkretnym dziecku - wysłuchać jego dziecięcych problemów, pochwalić za to czym ostatnio przyprawiło nas o dumę. Ale nawet wtedy kiedy nie mamy chwili żeby poświęcić ją każdemu z osobna to zachęcać dzieci, by znalazły chwilkę, którą spędzą tylko we własnym towarzystwie.



I takim oto sposobem, całkiem niechcący, wyszło mi tutaj 10 przykazań rodziców, którzy chcą by ich dzieci autentycznie się kochały i żyły ze sobą bez rywalizacji. Chociaż każdy rodzic kilkorga dzieci wie, że jest to ciężki orzech to zgryzienia i nie zawsze da się uniknąć sporów, choćby stawało się na głowie. Myśle jednak że te kilka punktów mogą okazać się pomocne dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z dwójką dzieciaków.





Brak komentarzy