Dzieci których nie będzie


Media społecznościowe każdego dnia rosną w siłę. Dzielimy się tam wkszością naszego życia. Za pośrednictwem instagramu, facebooka wiemy co słychać u osób, którym nawet byśmy nie powiedzieli „cześć” na ulicy. Staram się dość rygorystycznie wybierać fragmenty naszego życia, które umieszczam w sieci, żeby nie musieć się później nikomu tłumaczyć czy wyjaśniać pewnych słów lub wydarzeń. Jednak same media mają też dobre strony. Gdyby nie te portale pewnie nie wiedziałabym na bieżąco co słychać u mojej rodziny mieszkającej 1000 kilometrów dalej. Nie poznałabym lub nie utrzymywałabym bardzo wartościowych kontaktów w moim życiu. 


Jednak jak mówiłam, chociaż staram się dzielić różnymi naszymi perypetiami (w końcu po to jest ten blog), to jednak starannie segreguję to co może się znaleźć w sieci, od tego czego tutaj nigdy nie będzie. I podobnie było tym razem. A właściwie to nie „tym” ale kilka razów temu. Jak już wiele razy wspominałam przy Zu, kiedy tylko dowiedziałam się o ciąży, to byłam tak podekscytowana, że chciałam żeby cały świat od razu się dowiedział; od ujrzenia dwóch kreseczek na teście chciałam chodzić w ubraniach przeznaczonych dla ciężarnych i ostentacyjnie łapać się za brzuch przy każdej czynności. Ciąża z Bibi nauczyła mnie sporo pokory, tego że nie żyjemy w bajce Disney’a i czasami zdążają się komplikacje pomimo idealnych wyników badań, doskonale zbilansowanej diety i zdrowego stylu życia. Co do Zojeczki to, no cóż, trzeba było się troszkę postarać, żeby pojawiła się na świecie ale nie były to jakieś ciężkie problemy. Mimo moich ogromnych obaw o powtórkę z rozrywki wszystko szło gładko- no poza faktem, że wszyscy twierdzili że „tym razem to już będzie chłopak”. W zasadzie od samego Jej porodu powtarzałam, że będę chciała powielać swój rodzinny schemat i pewnie pojawi się za jakiś czas 4-te dziecko. I kiedy przyszedł ten „właściwy” czas, to zaczęły się komplikacje. Wiadomości o ciążach wśród moich bliskich z rodziny i znajomych zaczęły mnie bombardować. Gdy człowiek czegoś bardzo pragnie zauważa takie rzeczy ze zdwojoną siłą. Oczywiście cieszyłam się z tego, że komuś powiększa się rodzina, jednak tym samym czułam coraz większą wewnętrzną pustkę. Bo przecież jak to możliwe? Przecież dokładnie zaplanowałam sobie już wszystko. To, że chcę żeby różnica była odrobinkę mniejsza niż dwa lata, bo przy młodszej Zuzi i noworodku lepiej się pracowało niż przy dwuletniej Bibi, która już więcej oczekiwała ode mnie. A tu życiowy psikus. I prawdę powiedziawszy nie myślałam, że odważę się kiedykolwiek napisać i upublicznić taki wpis, a już napewno nie w tamtym momencie... Ale mam nadzieję, że jeśli ktoś też znajduje się teraz w takim momencie, to znajdzie w tym tekście światełko w tunelu... Od skończenia przez Zojkę roku byłam w ciąży. Trzy razy. Tak, dobrze czytacie- trzy razy- trzy moje małe Aniołki są gdzieś u góry i czuwają teraz nad tym, którego ostatecznie pozwolono nam tu zostawić. Od maja, za każdym razem, kiedy robiłam test i widziałam dwie kreski, to skakałam z radości tylko po to, by następnie po kilku tygodniach płakać z rozpaczy i bezsilności. I wiecie co było najgorsze? Właśnie to że się udawało. Gdybym po prostu nie zachodziła w ciążę, to byłabym zła albo smutna, ale ja widziałam już oczyma wyobraźni te małe istotki pod sercem, które nagle ktoś bez pozwolenia mi wyrywał... Co najgorsze, nie było żadnej medycznej przyczyny takich sytuacji. Wszystkie badania były dobre, sam organizm był też w najlepszym czasie by zajść w kolejną ciąże. Po pierwszej utracie nie miałam ochoty kompletnie na nic, jednak myślałam sobie, że po prostu to był przypadek, jednak wyobraźcie sobie co było po kolejnej i kolejnej. Spotkania ze znajomymi starałam się na siłę odwlec lub całkowicie odwołać. Kiedy już musiałam, to mój nastrój był niestety nie taki jakbym sobie tego życzyła, mimo że paradoksalnie w towarzystwie udawało mi się o tym na chwilę zapomnieć. Jednak głęboko w mojej głowie odzywał się cały czas taki cichutki ale wredny głosik, który mówił mi że nie powinnam się cieszyć życiem skoro sama nie potrafię go utrzymać, że nie powinnam być szczęśliwa w danej chwili. Starałam się z tym walczyć, no ale bywało różnie... Czy wyobrażacie sobie teraz sytuacje, by takie momenty dzielić jeszcze z setkami osób? Osób, którym tak naprawdę na nas nie zależy? Najpierw radość lub udawana radość znajomych, a później tłumaczenie się z tak przykrych i intymnych sytuacji? Nikt, kompletnie nikt nie jest w stanie poczuć tego bólu, który czuje matka która straciła dziecko. Te pytania, które stawia sama sobie, Temu w którego wierzy; obwinianie siebie i wszystkich dookoła. Dlaczego akurat ja? Co jest ze mną nie tak? I teraz dokładać sobie jeszcze więcej bólu w postaci tłumaczenia dlaczego ktoś był, a już go nie ma i to osobom, których tak naprawdę mało to interesuje, ale szukają tylko kolejnej sensacji? Dlatego cieszę się że zdrowy rozsądek pozwala mi czasami uniknąć niepotrzebnego szumu, stresu i przykrości, które niestety w tych czasach tak łatwo przychodzą innym ludziom. Bo dzisiaj, kiedy wszystko jest publiczne, ludzie nie myślą tylko wrzucają wszystko do sieci, a później jest płacz. Dzielą się wszystkim od razu, a nie mają żadnej gwarancji jak długo będzie dobrze i kiedy przyjdzie im zapłacić za swoje słowa lub czyny. A ja nie potrzebowałam w takich chwilach udawanego współczucia czy hasłwszystko będzie dobrze”, kiedy nie widać poprawy. Bo inni pod przykrywką odwagi pokazują nic innego jak tylko bezczelność, a pod hasłem „swojej opinii” czy „konstruktywnej krytyki"- bolesny ale i bezsensowny hejt (a warto też by było przeczytać chociaż definicję krytyki, żeby widzieć czym się stara wojować). Niestety nie da się tego uniknąć choćbyśmy nie wiadomo jak chcieli. Dlatego moim ulubionym hasłem jest angielskie powiedzenie „chodzić w czyichś butach” - dopiero kiedy wczujemy się w czyjąś rolę, poznamy jego historię, drogę jaką przeszedł żeby znaleźć się w danym miejscu - to ostatecznie powinniśmy mieć „prawo” do komentowania i oceniania zachowania drugiego człowieka. Warto przemyśleć to przed każdym komentarzem, który chcemy zostawić pod płaszczykiem oceny lub krytyki drugiego człowieka. W tej sytuacji kolejne hasło, że kiedy nie masz do powiedzenia nic miłego to lepiej się wcale nie odzywać, pasuje równie dobrze.

I chociaż wiadomo, że zawsze może się coś stać, a w tym przypadku żaden konkretny tydzień ciąży nie świadczy o jej bezstresowym zakończeniu, to jednak musiałam trochę odczekać, oswoić się z sytuacją i teraz w końcu mogę oficjalnie podzielić się z Wami, że czekamy na naszego czwartego Robaczka. I stało się to wtedy, kiedy ostatecznie stwierdziłam, że chyba nie chcę już kolejnego rozczarowania, bo przy kolejnej stracie załamię się nerwowo, a przecież mam jeszcze trzy wspaniałe istotki w domu, to jakimś bożym cudem się udało. I jak możecie się domyślać w obecnej chwili jest nam całkowicie obojętne czy będzie to chłopak czy dziewczynka, chociaż pewnie, kiedy okaże się że to kolejna dama, to usłyszymy” kurczę znowu się nie udało” lub wymowne grymasy na twarzy- ale życzcie nam tylko zdrowia, bo całą resztę- sił, cierpliwości i chęci- mamy już w zapasie. Teraz tylko czekamy na nasz mały prezent i cieszymy się każdym dniem, który przybliża nas do rozpoczęcia drogi z jedną parą stópek więcej! Za to, na czyjeś gratulacje dalej reaguję nerwowo, bo jednak ciągle w głowie słyszę ten głosik, żeby zbyt wcześnie się nie cieszyć. Dlatego z pewnością dopiero po porodzie uwierzę w to, co się dzieje, a póki co każdego ranka po przebudzeniu łap się za brzuch, chcąc sprawdzić czy on aby napewno tam jeszcze jest. A wszystkim Mamom, które są właśnie na etapie bezowocnych starań i obwiniania samych siebie; wysyłam mnóstwo miłości i zrozumienia, jesteście najsilniejszymi babkami na świecie i nigdy się nie poddawajcie! 


Mam nadzieję, że wszystkie osoby, które miały z nami styczność od kwietnia zeszłego roku teraz zrozumieją mój melancholijny nastrój i głęboką niechęć do spotkań- jeszcze raz wybaczcie!




Brak komentarzy