Test - MiniBe

O tym że dom po przyjściu na świat dzieci zamienia się w istny plac zabaw zauważyłam jak tylko Suzi zaczęła się bawić pierwszymi zabawkami. Wtedy w jakiś magiczny sposób w łazience znajdujesz kilka klocków, pod poduszką lalkę, a w bucie grzechotkę. Oczywiście to zdecydowanie przerysowany obraz ale jeden pan Bóg wie ile razy dziennie powtarzam żeby wzięły mi z salonu zabawki, mimo że i tutaj jest kosz na zabawki "znalezione" pod plecami w czasie wieczornego seansu filmowego. A na domiar złego na swoje własne życzenie dostarczyłam sobie 250 zdenerwowań więcej.

Chociaż basen z kulkami, który dostała Susanne na urodziny w zeszłym roku to strzał w dziesiątkę bo odkąd Zoja umie siedzieć to bawią się w nim wszystkie trzy, to jednak kiedy przychodzi do sprzątania to dostaje białej gorączki. Dobrze że dziewczynki są jeszcze na tym etapie że dają się przekupić grze "kto pierwszy, ten lepszy". Ale pewnie już niedługo. Co do samego basenu to rodzaj gąbki z której jest zrobiony jest po prostu niezniszczalny! Forma mimo tego że jest praktycznie non stop narażona na odgięcia we wszystkich możliwych kierunkach to wraca do pierwotnego kształtu za każdym razem. Same kulki mają u nas dosyć ciężki żywot, bo są ukochane szczególnie przez to nasze czworonożne dziecko. Zresztą nie ma opcji żeby dziewczynki się bawiły, a ona nie kręciła się gdzieś w pobliżu. Dlatego myślę że za jakiś czas będę musiała wymienić zestaw piłeczek, bo nie są w stanie oprzeć się ostrym ząbkom Fendi. Ale myśle że to nawet dobrze, bo może wtedy wymienimy któryś z kolorów na inny. Chociaż staram się by dziewczynki nie jadły nic siedząc w środku, to jednak coś już tam napewno udało im się schomikować. Ale po kilku praniach, kolor i jakość zostaje bez zmian. Mimo że jest to jaśniejszy model to zdecydowanie jest on "oporny" na zabrudzenia!
Jedyny minus tego baseniku jest taki że zdecydowanie zbyt późno się na niego zdecydowaliśmy!





Brak komentarzy