Stało się...

Od pierwszych naszych dni razem stawiałam sprawę jasno. Ba! Właściwie jeszcze zanim zamieszkaliśmy że sobą to zawiązaliśmy taką niepisaną umowę. Jeden taki wyskok i koniec! Nie ma zmiłuj... I nie podejrzewałam tylko jednego, że to ja w tej sytuacji będę grać główną rolę...


No bo jak to? Ja? Już prędzej podejrzewałabym o to tatę Robaka niż siebie samą. Przecież znam siebie na wylot i wiem że mi się to nie zdarzy, a jednak... Zaczęło się niewinnie od jednej dwuznacznej sytuacji, gdzie raczej ciężko było wywnioskować co przyniosło taki skutek, jednak w miarę czasu, coraz częstszych i bliższych kontaktów zaczęłam się domyślać kto jest tego powodem. I niestety właśnie okazało się całkowicie oficjalnie że matka Zołza jest uczulona na psy... To co teraz toczy się w mojej głowie jest jeszcze gorsze od połączenia ciążowego nadmiaru hormonów i PMS razem wziętych... było jasne że pies nie będzie mógł z nami zostać gdyby okazało się że dziewczynki będą uczulone na włosy, Roberta wypytałam z góry do dołu i powiedział że nigdy mu się takie coś nie zdarzyło. Ale ja? Nigdy w życiu nie byłam na nic uczulona! W domu mieliśmy zawsze cały zwierzyniec; od psa, kotów aż na chomikach i rybkach skończywszy. A tu nagle pociążowy brak odporności, radykalny spadek żelaza w połączeniu z móją najwierniejszą przyjaciółką anemią i oto cały powód początku alergii... Na ten moment nie wyobrażam sobie tego żeby Fendi miała z nami nie wrócić do domu. Jest dla nas tak samo pełnoprawnym członkiem rodziny jak każdy z nas. Ale to co się dzieje z moim ciałem kiedy chociaż niechcący otrze się o moje nogi to po prostu parodia... Nie mówiąc o tym że póki co dalej śpi z nami w łożku... Nie mam sumienia jej wyganiać, bo kochamy ją wszyscy i nie chcę nawet myśleć o histerii w jaką mogłyby wpaść dziewczynki na myśl, że być może będzie trzeba ją oddać. Narazie siedzę z nią na kolanach, jedną ręka drapiąc się do krwi po nogach, a drugą drapiąc się po głowie i próbując uciszyć zdrowy rozsądek.


Brak komentarzy