SOCIAL MEDIA

piątek, 22 grudnia 2017

Stało się...

Od pierwszych naszych dni razem stawiałam sprawę jasno. Ba! Właściwie jeszcze zanim zamieszkaliśmy że sobą to zawiązaliśmy taką niepisaną umowę. Jeden taki wyskok i koniec! Nie ma zmiłuj... I nie podejrzewałam tylko jednego, że to ja w tej sytuacji będę grać główną rolę...

No bo jak to? Ja? Już prędzej podejrzewałabym o to tatę Robaka niż siebie samą. Przecież znam siebie na wylot i wiem że mi się to nie zdarzy, a jednak... Zaczęło się niewinnie od jednej dwuznacznej sytuacji, gdzie raczej ciężko było wywnioskować co przyniosło taki skutek jednak w miarę czasu, coraz częstszych i bliższych kontaktów zaczęłam się domyślać kto jest tego powodem. I niestety właśnie okazało się całkowicie oficjalnie że matka Zołza jest uczulona na psy... To co teraz toczy się w mojej głowie jest jeszcze gorsze od połączenia ciążowego nadmiaru hormonów i pms razem wziętych... było jasne że pies nie będzie mógł z nami zostać gdyby okazało się że dziewczynki będą uczulone na włosy, Roberta wypytałam z góry do doku i powiedział że nigdy mu się takie coś nie zdarzyło. Ale ja? Nigdy w życiu nie byłam na nic uczulona! A tu nagle pociążowy brak odporności, radykalny spadek żelaza w połączeniu z moja najwierniejszą przyjaciółką anemią i oto cały powód początku alergii... Na ten moment nie wyobrażam sobie tego żeby Fendi miała z nami nie wrócić do domu. Jest dla nas tanksamo pełnoprawnym członkiem rodziny jak każdy z nas. Ale to co się dzieje z moim ciałem kiedy chociaż niechcący otrze się o moje nogi to po prostu parodia... Nie mówiąc o tym że póki co dalej śpi z nami w łożku... Nie mam sumienia jej wyganiać bo kochamy ją wszyscy i nie chcę nawet myśleć o histerii w jaką mogłyby wpaść dziewczynki na myśl, że być może będzie trzeba ją oddac. Narazie siedzę z nią na kolanach, jedną ręka drapiąc się do krwi po nogach a drugą drapiąc się po głowie i próbując uciszyć zdrowy rozsądek.

Prześlij komentarz