SOCIAL MEDIA

środa, 13 grudnia 2017

Daj mi smoczek!

Temat rzeka i kontrowersji przy nim co niemiara. Dać czy nie dać? Lepiej smoczek czy kciuk? Jak uspokajać dziecko, kiedy nie chcemy go podać? Jeśli podamy, to kiedy oduczyć żeby obyło się bez ofiar? Każdy specjalista ma inne plusy i minusy używania tego "sprzętu".


Na początek co nieco o tym jak to było u nas. Wszystkie dziewczynki miały smoczki od urodzenia. Ale także od samego początku wprowadzałam je tylko do pomocy w zasypianiu. Moim pierwszym założeniem było to, że chciałabym się pozbyć uspokajacza do drugich urodzin. Nie wiem czy ta granica jest dobra czy nie ale takie były moje ramy czasowe. Jednak życie potoczyło się inaczej. Dowiadując się że jestem w ciąży chciałam nie dopuścić do sytuacji współdzielenia się smoczkami także postanowiłam wyeliminować go przed porodem. Do Zuzi i porzucenia smoczka podchodziłam dwa razy. Opisywałam to już we wcześniejszym blogu ale niestety poszedł do kosza wraz ze zmiana adresu i narodzinami Bibi. W skrócie wyglądało to tak - w okolicach roczku zgubiliśmy smoczek i za żadne skarby nie potrafiłam go znaleźć. Niestety płacz Zuzy w czasie popołudniowej drzemki był nie do zniesienia, więc poprosiłam Tate Robaka żeby koniecznie po pracy wstąpił do sklepu i kupił smoczek. Pół roku później, dokładnie pamiętam że był to marzec sytuacja się powtórzyła. Z tym, że tym razem smoczek po chwili znalazłam. Zuzia natomiast szukała go dalej. Idąc za ciosem i niewiele myśląc odcięłam jego końcówkę i podrzuciłam w okolice łóżeczka. Kiedy Zuza poszła na drzemkę to go znalazła obok wielkiego misia. Kiedy zobaczyła, że smoczek "nie działa" popatrzała na mnie z wielkimi oczami i już miałam ponownie dzwonić po pomoc. Jednak w tamtym momencie dostałam kopniaka z brzucha że dobrze robię. Wytłumaczyłam Zu, że misiu przegryzł smoczek a ona jest już dużą dziewczynka i go nie potrzebuje. O dziwo zasnęła z tym smoczkiem w ręku, a po kilku dniach sama go wyrzuciła. Warto jednak dodać że przy niej nieświadomie sama sobie robiłam pod górkę. Za każdym razem kiedy w nocy wypadł jej smoczek to ja z uporem maniaka wstawałam i podawałam jej go. Niestety całkowicie nie byłam świadoma, że dzięki temu nie pozwalałam jej całkowicie się wyłączyć i odpocząć. Tak jakby poprzez odruch ssania była ciągle na etapie czuwania i kiedy ten odruch ustawał to ona się wybudzała. Z Bibi sytuacja wyglądała już inaczej. Smoczek także miała do zasypiania, jednak kiedy tylko widziałam, że odpływa to sama wyjmowałam jej go i dzięki temu w wieku dwóch miesiecy przesypiała cale noce. Co do odsmoczkowania to zrobiliśmy to bezboleśnie przed pierwszymi urodzinami. Razem wyrzuciłyśmy do kosza i po sprawie. Co do Zojki to chciałabym pozbyć się go jeszcze wcześniej, jednak widzę, że strasznie męczą ją ząbki więc na razie odpuszczam. Ma jeszcze czas. Jednak z perspektywy czasu wiem ze nie dopuszczę by go miała aż do roczku. Batalia z ponad rocznym dzieckiem o smoczek? O nie, dziękuje bardzo. Ale co na temat smoczków uważają specjaliści?
Z punku widzenia psychologów odruch ssania uspokaja, więc dużo bardziej podatne na uzależnienie od niego będą dzieci wycofane. Ten odruch powoduje też zminimalizowanie lęków, nie bez kozery ssanie piersi daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. Kiedy jednak noworodek staje się już bobasem i nie wisi całymi dniami na piersi to właśnie smoczek zapewnia mu to poczucie. Co do czasu "zalecanego" to jest to uwarunkowane tym jak dziecko radzi sobie z trudnościami. Jeśli dziecko jest otwarte, nie boi się nowych sytuacji, jest śmiałe to według psychologów samo zrezygnuje ze smoczka. Natomiast jeśli dziecko jest lękliwe, to będzie chciało jak najdłużej zatrzymać przy sobie to fikcyjne poczucie bezpieczeństwa. Jednak dwu- lub trzylatek jest w stanie zaakceptować to, że jest już duży i nie potrzebuje smoczka, jeśli tylko rodzic będzie konsekwentny. Jednak tutaj też warto zaznaczyć że jeśli chcemy się pozbyć smoczka, a jednocześnie podajemy butelkę to kompletnie mija się to z celem...
Jeśli chodzi o stomatologów to jednoznacznie nikt nie powie, że nie wolno go podawać. Przy anatomicznym kształcie minimalizuje się ryzyko uciskania dolnego łuku zębowego i tym samym powstawania wad zgryzu. Dotyczy to jednak przypadków, kiedy dziecko nie ssie smoczka nawykowo czyli od 4-5 godzin dziennie wzwyż. Taki przypadek grozi pojawieniem się tyłozgryzu oraz zazwyczaj towarzysz temu protruzja (czyli wysuniecie przednich siekacz do przodu). W usunięciu tej wady czasami wystarcza odpowiednie ćwiczenia jednak w niektórych przypadkach należy założyć aparat korekcyjny. Dlatego niezwykle ważna jest pierwsza wizyta u dentysty, która nie powinna odbyć się później niż wtedy, kiedy dziecko skończy dwa latka! Tutaj warto pamiętać, że jeśli dziecko ma zapędy do ssania kciuka który jest twardy i nie ma odpowiedniego kształtu to dużo mniej szkód wyrządzi ssanie smoczka!
Na koniec to co maja do powiedzenia pediatrzy. Człowiek przychodzi na świat z odruchem ssania także nic dziwnego że maluszek się domaga smoczka, bo jest to jedna z najsilniejszych potrzeb w pierwszym okresie życia. Podczas tego odruchu rozwijają się mięśnie warg, języka i policzków. A te są niezbędne do nauki mówienia. Oczywiście nie trzeba wspominać że ssanie = jedzenie. Pediatrzy także pozostawiają najbardziej otwarte ramy co do odrzucenia smoczka. Podkreślają jednak że jednym ze wskazań do tego aby to przyspieszyć jest skłonność dziecka do zapalenia ucha. Ssanie bowiem powoduje zmiany ciśnienia i może nasilać objawy choroby.

Podsumowując, nie mam pojęcia jak zakończy się przygoda ze smoczkiem Zojki ale mam nadzieje że zanim pójdzie do przedszkola to już się go pozbędziemy. Żartuje oczywiście. Chociaż kto wie. Jak już kiedyś wspomniałam ( klik) każde dziecko jest inne i każde uczy mnie czegoś nowego oraz pokory. Nieustanie powodują to, że muszę pogłębiać swoja wiedze i szukam coraz to nowszych rozwiązań napotkanych problemów. Pewnie nie raz mnie jeszcze czymś zaskoczą ale jestem otwarta na kolejne doświadczenia i nowe wyzwania.



Prześlij komentarz