Kokon, ochraniacz, pluszaki i SIDS

Kiedy zostałam pierwszy raz mamą nie zdawałam sobie sprawy z wielu rzeczy. Chciałam mieć wszystkie nowinki bez wyjątku, nawet nie zastanawiając się czy są mi potrzebne albo czy spełniają swoją rolę. Na szczęście dla naszego portfela (a nieszczęście dla mnie) nie pozwolono mi kupić nic aż do porodu, żeby nie zapeszać. Większość wyprawki dostaliśmy, a ja tak naprawdę nie poczułam jaka to przyjemność wynika z faktu bycia w ciąży i kompletowania rzeczy dla malucha.


Przy drugiej ciąży ekonomicznie podeszliśmy do sprawy i wiele rzeczy Bibi odziedziczyła po Zu. Tym razem obiecałam sobie, że będzie inaczej. Rzeczy po dziewczynkach w zasadzie nie miałam, jedynie to co znalazła u siebie moja mama, no i wózek. Także mogłam sporo wybrać według siebie i własnego gustu. Ale do rzeczy. Jestem typem człowieka, który nie patrzy w zęby darowanemu koniowi. Chociaż nie będzie mi się coś podobać (bo jestem strasznie wybredna) to jednak kiedy dostaję coś w prezencie zawszę się cieszę, że ktoś poświęcił swój czas na wybranie tego czegoś dla mnie. I kiedy przychodziły kolejne paczki z rzeczami dla Zuzy to odhaczałam tylko następne punkty z listy. Tak było też z łóżeczkiem. Poskładaliśmy, a właściwie to ja dyrygowałam całym przedsięwzięciem, kiedy Robert z teściem składali i położyli tam gdzie miało stać. Kiedy przyszedł odpowiedni czas, przygotowałam pościel, ochraniacz i baldachim z kompletu. Dołożyliśmy jeszcze misia, karuzelę nad głowę. I tak sobie stało i czekało gotowe na malucha. Nawet przez sekundę nie przeszło mi przez głowę, że patrze właśnie na kilkanaście prawdopodobnych przyczyn śmierci mojego dziecka. O tyle, o ile mogłabym wpaść na to, że karuzela może się złamać i spaść jej na głowę to miś siedzący na drugim końcu łóżeczka raczej niczego złego moim zdaniem by nie zrobił. A już najmniej spodziewałabym się tego po tym, co miało pozornie dawać ochronę. Mowa oczywiście o ochraniaczu do szczebelek. Nie mam na myśli tego, że dziecku leżącemu jeszcze nieruchomo blokuje on dostęp powietrza, może się przegrzać i wiele innych cudów rodem z "Oszukać przeznaczenie". Ale o tym, co przydarzyło nam się jak tylko Zuza zaczęła być bardziej mobilna. Około 2/3 miesiąca parę razy przekręciła się tak, że jej buzia leżała na ochraniaczu i faktycznie mogłoby to zablokować dostęp powietrza, bo nie była w stanie się obrócić z powrotem. Jednak cierpliwość do tego ustrojstwa została przekroczona parę miesięcy później, kiedy pewnego dnia rano wyjęłam jej z buzi 10cm troczka... Nawet nie chce myśleć co by się stało gdyby się tym zachłysnęła... Z miejsca wywaliłam to do kosza i kiedy doszliśmy do etapu kompletowania wyprawki dla Bibi to stwierdziłam że wolę, żeby miała dwa albo trzy siniaki niż, żeby się udusiła. Kiedy moja mama przywiozła mi pościel dla Zojki, to od razu wiedziałam, że ochraniacz, który był w zestawie nie będzie używany. Co prawda zawiązałyśmy go na chwilkę, zrobilysmy "pamiątkowe" zdjęcia i aktualnie jest zagłówkiem dla Bibi. Zaczęłam teraz przyglądać się bliżej popularnym gniazdkom, bo opinie użytkowników są jednoznaczne. Ale jak jest naprawdę? Pozornie chronią dziecko przed przygnieceniem przez rodziców i dają maluchowi mniejszą swobodę poruszania się (co jest jednym z czynników dodatkowego zagrożenia wystąpienia SIDS), więc przypominają mu życie przed porodem. Ale przecież kiedy dziecko odwróci się w kierunku mięsistego boku, a nie będzie miało wystarczająco umiejętności by położyć się z powrotem na plecach, to realnie może dojść to zablokowania dostępu powietrza. Jak dla mnie ten produkt chociaż jest przeuroczy to niestety tak samo niebezpieczny jak ochraniacze. Do stosowania jedynie podczas drzemek i to pod kontrolą rodzica, mimo że wiele firm twierdzi inaczej. Niedawno znalazłam jednego producenta (o ile dobrze pamiętam to chyba nawet polska marka), tworzącego gniazdka z odpinanymi bokami, który możemy jednym ruchem przemienić w materacyk. Myślę, że to jedyne bezpieczne rozwiązanie jeśli koniecznie chcemy maluchowi ograniczyć do minimum wybudzający odruch moro i wzdrygnięcia.



Jeśli zainteresował Was ten temat i chcecie wiedzieć dokładnie czym jest zespół nagłej śmierci łóżeczkowej oraz co zrobić żeby zminimalizować ryzyko jego wystąpienia, to polecam wyszukanie terminu w google. Jest wiele medycznych artykułów wyczerpujących temat w sposób przystępny dla każdego :)

Brak komentarzy