Szybka - chociaż wcale niekrótka - historia porodowa cz.II


Kiedy w końcu dojeżdżamy do szpitala i w głowie przeklinam Roberta wszystkimi znanymi mi przekleństwami to mijam się w drzwiach z położną, która też właśnie dojechała. Śmieję się jeszcze, że mogła mi w czasie wizyty w południe od razu powiedzieć, że nie urodzę dzisiaj ale za to jutro- chwilę po północy. Patrzy na zegarek i pyta mnie z uśmiechem czy w czasie wcześniejszego porodu także byłam taka zrelaksowana i wesoła. No cóż, jeśli tak wygląda relaks to ja dziękuję bardzo - postoję.


Wjeżdżam razem z mamą na drugie piętro i zauważam, że coraz częściej spoglądam na telefon, żeby sprawdzić ile czasu minęło od ostatniego skurczu... Mama jeszcze sobie żartuje, że mój Tata wstaje do pracy o 3-ej w nocy, więc ciekawe kto będzie pierwszy. Wchodzimy na oddział i wita mnie znajoma, uśmiechnięta twarz - pielęgniarka, która pracuje na ginekologii od kilku lat, więc była tutaj także w czasie, kiedy rodziły się moje starsze dziewczynki. Chociaż ja poznałam ją od razu to nie sądziłam, że ona także mnie kojarzy. Serdecznie pyta czy może mi jakoś pomóc, bo oczywiście w czasie przejścia przez oddział łapią mnie dwa skurcze (a w głowie zapala mi się lampka, że w takim razie nie mogą być rzadziej niż co trzy minuty), niestety raczej nie ma możliwości żeby mi pomogła, także grzecznie odmawiam. Pewnym krokiem dochodzi do nas położna i zabiera mnie na badanie. Modlę się w duchu żeby mi powiedziała, że jest chociaż 7 centymetrów rozwarcia, tak jak za ostatnim razem, to wtedy może do rana będzie już po wszystkim... Czekamy na skurcz, który teraz jak na złość nie przychodzi po 3-ech minutach ale prawie po 4-ech, które mnie wydają się wiecznością. Szybka kontrola i wynik - 3 centymetry... Co?! Jak to TRZY?! W głowie mam obraz tego, że czeka mnie jeszcze cholernie długa droga, bo ostatnio mniej więcej na każdy centymetr przypadała godzina cierpienia. Jednak 3 godziny z bólami co 7/10minut to nic w porównaniu z 7-ma godzinami z bólami co 2/3 minuty... Oczyma wyobraźni widzę już tę rzeź! Położna mówi, że będzie musiała wyjść w poszukiwaniu lekarki, która ma dyżur, żeby zrobić USG i sprawdzić jak zachowuje się blizna po CC w czasie skurczów. Podłącza mnie pod KTG, żeby zarejestrować częstotliwość skurczy, tętno Maluszka i wychodzi. Moja mama w tym czasie odbiera telefon i po jej minie widzę, że dzwoni sprawca całej tej tragikomedii. Z niecierpliwością czekam na relację z tej fascynującej dyskusji, po kilku sekundach mama rozłącza telefon i z uśmiechem mówi, że Robert dzwonił zapytać czy zamówiłyśmy już taksówkę z powrotem do domu. Wierzcie mi, że gdybym miała w tym momencie numer telefonu do jakiegoś adwokata zapisany w kontaktach, to właśnie do niego dzwonię z prośbą o termin wizyty! I w nosie mam to, że na zegarze jest kilka minut po pierwszej. Ale wtedy przychodzi lekarka (nie mam pojęcia po jakim czasie ale zdecydowanie zbyt długim) i robi mi w ekspresowym tempie badanie. Przysięgam, że nie było nic przyjemniejszego niż moment w którym młodziutka pani doktor wylała mi chłodzący żel na brzuch! I to do tego stopnia, że nie pozwoliłam go sobie później wytrzeć:) Oczywiście jeszcze potwierdza, że wierci się jej przed oczami tyłek dziewczynki, więc nie mam już żadnych złudzeń. Przechodzę na drugą stronę korytarza do sali porodowej. Moja mama przekazuje mi dalszy ciąg rozmowy z jej "ulubionym zięciem", że Robert chce się z nią zamienić i przyjechać do szpitala, bo to czekanie go wykańcza. Mówię, że mają się sami dogadać jak to zrobią, bo ja jedyne czego pragnę, to żeby mnie natychmiast pokroili, bo musiałam być niespełna rozumu, że chciałam urodzić naturalnie! Opierając się o łóżko i próbując jak najmniej się spinać i jak najgłębiej oddychać w czasie skurczy spoglądam tylko co jakiś czas na zegarek - 1:40, 1:57, 2:03... Wszystko co się dzieje dookoła kompletnie nie ma dla mnie znaczenia. Zastanawiam się czy prędzej padnę z bólu czy zemdleję z tego, że nie zjadłam nic na kolację, no i dlaczego do jasnej ciasnej ubrałam koszulkę Roberta jak teraz mi ona tak strasznie przeszkadza... I wtedy przychodzi apogeum - 2:15 - zaczyna mi się robić biało przed oczami, a nogi trzęsą się jak galaretki - proszę położną żeby mi dała znieczulenie, bo zaraz umrę i czuję, że nie dam już rady. Na co ona reaguje ze stoickim spokojem "świetnie Ci idzie, pięknie dajesz sobie radę" - mam ochotę ją tak zwyzywać, że nie macie pojęcia ale ponawiam prośbę na co odpowiada "w porządku ale najpierw zobaczymy ile jest rozwarcia i zaraz coś ci przygotuję". Wejście na łóżko, żeby pani Alicja mogła przeprowadzić kontrolę to chyba mój największy dotychczasowy wyczyn w życiu. Tym razem na skurcz nie trzeba czekać, bo mam wrażenie, że od pół godziny to wszystko jest jednym wielkim skurczem. Czekam na informację ile jeszcze muszę walczyć, w głowie jednak szybko kalkuluję, że jeśli będzie z 5cm to i tak świetny postęp... Ale informacja nie nadchodzi, za to przychodzi coś innego - skurcz party... Oczywiście z tego co teraz mi się przypomina, to w czasie porodu z Zuzą kilka pierwszych skurczów partych leżałam na łóżku i oddychałam jak szalona, żeby ułatwić jej tę drogę. Ale było tak dlatego, bo naprawdę nie wiedziałam co się w tym momencie dzieje z moim ciałem i co powinnam robić. Natomiast teraz, kiedy tylko to poczułam, to momentalnie zaczęłam przeć. Jedynie położna zdążyła zrobić z łóżka coś na kształt stopnia, po to by pomogła mi też grawitacja. I na nic były krzyki wszystkich wokół, że mam jeszcze nie przeć tylko starać się oddychać... To tak jakbyście powiedzieli kurze, która właśnie znosi jajko, że ma przestać w pół drogi... Cóż, może niezbyt urodziwe porównanie ale coś w tym jest :) I przyznam Wam się szczerze, że zrobiłam największe głupstwo w życiu, które mogło mnie kosztować znacznie więcej niż cokolwiek innego. Kiedy już byłam odpowiednio odwrócona i ściskałam z całych sił barierki łóżka to poczułam, że jest to zielone światło do działania i przez kilkanaście kolejnych sekund zapomniałam o tym, że między skurczami powinnam także wziąć oddech. Tym sposobem nasze najmłodsze dziecię urodziło się na dwóch, a może trzech skurczach partych, za to na jednym oddechu matki, który prawie doprowadził do tego, że pod koniec naszej wspólnej drogi o mało co nie straciłam przytomności, bo już widziałam biały tunel przed oczami:) Niestety moja nieświadomie zrobiona głupota mogła mieć dużo poważniejsze konsekwencje niż te które nas spotkały... A kiedy poczułam, że już po wszystkim i padłam jak długa na brzuch (po dziewięciu miesiącach na boku albo plecach to prawdziwy luksus) usłyszałam tylko ciszę... To chyba najbardziej znienawidzona cisza w życiu każdej matki... Tej jednej, jedynej ciszy nigdy nie chcesz "usłyszeć". Co prawda Zuza pokazała nam, że nie każde dziecko wrzeszczy po porodzie jak szalone, bo ona też nie zapłakała ale ją od razu dostałam na ręce i widziałam, że wszystko jest w porządku. Niestety tym razem pozycja porodowa była tak niekomfortowa, że nic nie widziałam... Trochę trwało zanim wreszcie zapłakała i podano mi ją na ręce. Ale kiedy zobaczyłam to sine ciałko, to nie wiedziałam czy się cieszyć czy płakać... I słowa pani Ali "weź ją, ona Cię potrzebuje", teraz wiem o co jej chodziło ale w tym momencie z tymi emocjami to zabrzmiało jak jakiś dziwny wyrok. Oczywiście nie musiałam głową decydować co powinnam zrobić, bo gdy tylko ją wzięłam to łzy zaczęły płynąć same. Już wiedziałam, że jest po wszystkim, a ja doświadczyłam kolejnego cudu w moim życiu. I tak oto o 2:22 (czyli zdążyła przed Dziadkiem) na świecie pojawiło się małe, jeszcze bezimienne dzieciątko wywołując tym samym niepohamowaną radość swoich rodziców. Kiedy parę minut później dowiedziałam się, że jest urodzona tylko na ośmiu centymetrach rozwarcia, zdecydowanie przytłoczona zbyt szybkim porodem i dlatego ma dziwne problemy z oddychaniem ale walczy jak lew to wiedziałam, że imię, które dla niej wybraliśmy jest tym jedynym właściwym - na tapecie była jeszcze Elena i Marita. Nasza Zoja, co oznacza tyle samo co życie w języku greckim, wykazała taką wolę walki o swoje istnienie, że nawet zbytni temperament i pośpiech matki jej nie przeszkodziły. Mogę odetchnąć z ulgą, że kolejny raz daliśmy radę jako rodzice. Ale w moim telefonie na wszelki wypadek pojawił się jeden kontakt więcej :)

Także oficjalnie przedstawiamy Wam naszego kolejnego małego Robaczka - urodzoną o 2:22, dnia 30 maja 2017 roku, z wagą 2960gram i 51 centymetrami długości- Zoję Alicję!
 


Brak komentarzy