Szybka - chociaż wcale niekrótka - historia porodowa cz.II


Kiedy w końcu dojeżdżamy do szpitala i w głowie przeklinam Roberta wszystkimi znanymi mi przekleństwami to mijam się w drzwiach z położną, która też właśnie dojechała. Śmieję się jeszcze, że mogła mi w czasie wizyty w południe od razu powiedzieć, że nie urodzę dzisiaj ale za to jutro- chwilę po północy. Patrzy na zegarek i pyta mnie z uśmiechem czy w czasie wcześniejszego porodu także byłam taka zrelaksowana i wesoła. No cóż, jeśli tak wygląda relaks to ja dziękuję bardzo - postoję.


Potrójny Dzień Taty

Witajcie Kochani! Oczywiście wyszło dokładnie tak jak się spodziewałam... Matka nie załapała się potrójnie ani na polski, ani na niemiecki Dzień Matki. Za to Tata już załapał się już w pełnej obsadzie na polski Dzień Taty... Ale o tym, że szczęściarz to jego drugie imię wiem już od dawna. Jak źle by nie było to zawsze jakoś uda mu się z wszystkiego wybrnąć i wylądować na "czterech łapach”.

Tam, gdzie życie kończy swój bieg...

W świecie musi być zachowana równowaga i po wspaniałych wydarzeniach w maju, dostaliśmy bardzo przykrą wiadomość w czerwcu. Niestety jest to jedna z tego rodzaju wiadomości, które nie pozwalają się cieszyć w pełni nowym członkiem rodziny, bo zwyczajnie nie wypada. Dlatego też postanowiliśmy nie urządzać teraz hucznych urodzin naszego średniaczka i powitalnej imprezy naszej najmłodszej.

Szybka, chociaż wcale niekrótka- historia porodowa

Poniedziałek, 29 maja, rano. Bliżej nieokreślona godzina, jednak już jasno, telefon zaczyna wibrować i zanim do mojej głowy dochodzi, że to nie budzik Roberta to mija kilka długich sekund. Od kilkunastu dni, co wieczór, męczą mnie bardzo bolesne skurcze przepowiadające, więc z automatu mam o 3 godziny mniej spania. Dołóżmy do tego zgagę i parcie na pęcherz... zostaje kilka godzin snu. Odbieram jednak telefon i okazuje się że to moja siostra, która potrzebuje pilnej porady od mamy. Zrywam się więc z łóżka, idę zanieść jej telefon i wracam do ciepłej kołderki.


05/2017 - InstaMix

Witajcie Kochani! Oczywiście chyba nikogo nie powinno zdziwić, że z całego tego pięknego miesiąca najważniejszy okazał się jego przedostatni dzień. Trzydziestego maja, o 2:22 przyszła na świat nasza najmłodsza gwiazdeczka, która jeszcze bardziej wypełniła nasze serducha miłością.

801

Wiecie co oznacza ta liczba? To liczba dni, a dokładnie dni w których miałam pod swoim sercem jeszcze jedno serce. Tak, dokładnie przez 801 dni byłam w ciąży. Nie każda z tych ciąży była idealna, książkowa za to każda jedna dostarczała czegoś nowego. Każda była wyjątkowa, uczyła pokory i tego, że człowiek to istota niesamowita. W (prawie) każdej też jak mantrę powtarzałam, że to ostatni raz; przez złe samopoczucie, przez stres związany z niewiedzą czy przez "słodkie" kopniaki, które pod koniec ciąży nie maja ze słodyczą nic wspólnego. A potem sama się z tego śmiałam, kiedy rozmawialiśmy na temat kolejnej pary bosych stopek w naszym domu.