Mówić, nie mówić, co mówić?

Miałam ostatnio możliwość obejrzenia wywiadu z panią psycholog i chyba nic od dawna mnie tak nie ucieszyło jak to co tam usłyszałam. Mimo, że nie były to dla mnie nowości to jednak uspokoiło to moje notorycznie zatroskane serce matki. Dawno temu zauważyłam pewną zależność w tematach do rozmów z osobami, które nas otaczają. Kiedy mijają cię na spacerze, a dziecko leży w wózku to pytają czy już siada, później czy ma za sobą pierwsze kroki. Kiedy widzą jak sama biega to pytają o to czy robi siku na nocnik i coraz to kolejne kroki w rozwoju. W całym tym "wyścigu szczurów" jest też miejsce na mowę. I jest to ostatnio dla nas prawdziwa zmora. Zuza zaczęła mówić bardzo szybko, chociaż mam wrażenie, że zanim usłyszałam magiczne "mama" to minęły wieki. Ale do rzeczy.


Bianca jest całkowitym jej przeciwieństwem. Mówi malutko- żeby nie powiedzieć że nic, peszy się w obecności obcych, nawet nie ma co ją prosić o powtórzenie jakiegoś konkretnego słowa. I chociaż co nieco pamiętałam na temat rozwoju mowy u dzieci, to jednak w pewnym momencie zasypywana pytaniami "a czy już mówi, co mówi, ile mówi" zaczęłam się sama niepokoić czy może nie ma z nią jakichś poważniejszych problemów. Tym bardziej, że w towarzystwie starszej siostry powinna "chcieć ją nadgonić". A w domu mówimy dużo, bardzo dużo. Staram się opisywać dziewczynkom wszystko co robię, bez zbędnych zdrobnień, uproszczeń. Rozmawiam z nimi jak z ludźmi bez kwiatuszków, słoneczka, pieniążków, bułeczek i mleczka. Prosto, jasno i klarownie. Najgorzej, kiedy na moje starannie sformułowane wywody słyszę "dlaczego?" albo "czemu?". I wtedy dalszy ciąg godzinnych dyskusji z podkreślaniem każdego "ą" i "ę". Nie mówiąc już o tym, że staram się je uczyć podstawowych zasad zachowania - dziękuję, proszę i przepraszam używam chyba częściej niż ich własnych imion- wszak najlepiej uczy się przez naśladowanie. Kilka razy doszło już do tego, że tak samo zaczęłam się zwracać do psa i jakież moje było zaskoczenie, że Fendi nie wykonuje to czego od niej oczekuję, mimo że ją poprosiłam ;)

Ale nie powiem, że przez te wszystkie pytania robiło mi się jednocześnie słabo i przykro. Zaczęłam szukać jakichś notatek ze szkoły i bliżej zajmować się tym tematem, bo może faktycznie mamy problem. I wtedy właśnie udało mi się trafić na ten wywiad. Pani psycholog z pewnością posiada większą wiedzę na ten temat niż mnie się udałoby zgromadzić przez miesiąc, a jest z bardziej wiarygodna niż anonimowe źródła internetowe i ich radosna twórczość. Bo domyślam się, że to co bym tam wyczytała doprowadziłaby mnie do natychmiastowego wyłysienia.

Z jednej strony mówi się, że dziecko powinno mieścić się w jakichś określonych ramach, a z drugiej strony, że każde ma inne tempo rozwoju. Czyli masło maślane i wiem, że nic nie wiem w jednym. Ale prawda jest taka, że człowieka nie da się wsadzić w żadną ramę, bo zawsze będzie z którejś strony wystawać. Tacy już jesteśmy. Jednak są pewne elementy w rozwoju, które na danym etapie dziecko powinno opanować. Począwszy od krzyko-płaczu w pierwszych dwóch/trzech miesiącach życia, poprzez głużenie i gaworzenie. Aż do mowy tej, którą posługujemy się w kontaktach międzyludzkich. I tak w pierwszym roku życia dziecko przyswaja około ośmiu, dziewięciu słów. Słynne mama, tata, baba, daj, tak, nie... Natomiast przez kolejne 5/6 lat (czyli do około 7-go roku życia) uczy się 9-ciu nowych słówek KAŻDEGO DNIA! To dopiero zasób wiedzy! Przyswaja NIE oznacza, że potrafi je wszystkie wyartykułować; a raczej na pewno nie będzie od razu potrafiło ich wszystkich poprawnie wypowiadać i używać w dobrym kontekście. Ale to, że dziecko nie mówi, nie oznacza że nie rozumie, nie uczy się i nie słucha. Bo rozwój słuchu u dziecka zaczyna się już na etapie życia płodowego, a to, że rozumie i rozróżnia poszczególne słowa można w bardzo prosty sposób sprawdzić. Wystarczy zapytać dziecko gdzie jest mama, poprosić o przyniesienie piłki albo klocków (na późniejszym etapie np. klocka konkretnego koloru). Jeśli dziecko wskaże mamę i przyniesie piłkę to najczytelniejszy znak, że dokładnie rozumie czego się od niego wymaga i nazwy przedmiotów nie są mu obce. Na tym etapie zaczyna się także słynny bunt dwulatka, który jest niczym innym jak oznaką frustracji małego człowieka, który ma w głowie konkretny obraz odpowiedzi na nasze prośby ale nie jest w stanie tego wyrazić słowami. Dlatego krzyk, tupanie nóżkami i inne foszki- to po prostu oznaka bezradności z powodu niezrozumienia. A my denerwując się na dziecko, które się denerwuje tylko to wszystko pogłębiamy. Natomiast najważniejsze jest to żeby na każdym etapie obserwować naszą latorośl. Bo są też pewne problemy natury medycznej bądź psychologicznej, które mogą świadczyć o poważnym problemie. Ja jestem zdania, że lepiej jest pójść do specjalisty o jeden raz za dużo niż o ten raz za mało. Lepiej żeby logopeda czy psycholog powiedział nam, że nie ma się czym martwić, że jeszcze mu/jej się język rozwiąże niż gdybyśmy mieli przegapić problemy z przyrośniętym językiem lub głębokim stresem związanym z jakimś przeżyciem. Dopiero w okolicach 18-go miesiąca życia następuje skok rozwojowy w budowie mózgu dziecka i wtedy można zacząć "wymagać" od dziecka żeby spróbowało coś powiedzieć lub zachęcać je do nazywania przedmiotów.

Granica trzech lat jest tym okresem do kiedy mowa może rozwijać się na etapie głowy i w swoim własnym tempie. Na to ma wpływ także wiele czynników zewnętrznych jak genetyka i niezwykle ważne jest środowisko w jakim otacza się dziecko. Bo to że dziecko nie jest w stanie nam czegoś powiedzieć nie oznacza, że ono nie słyszy, dlatego tak ważnym jest żeby szczególnie na tym pierwszym etapie jego życia nie mieszkać w całkowitej ciszy i bardzo zwracać uwagę na sposób w jaki mówimy nawet miedzy dorosłymi. Bo jedne wypowiedziane w nerwach kurde, może za pół roku odpłacić nam "kulde" wykrzyczane na każde niepowodzenie, bo taki komunikat otrzymał mózg dziecka, że należy reagować na stresujące sytuacje.

Granice między etapami są bardzo płynne jednak należy pamiętać o jednej rzeczy- ich kolejność jest zawsze taka sama! Zawsze najpierw wystąpi głużenie, gaworzenie, a dopiero później rozwój mowy właściwej. I nie ma co się przejmować, że dziecko sąsiadki w wieku półtorej roku mówiło pojedynczymi zdaniami, a nasze nauczyło się tego na etapie dwóch lat. Każde dziecko uczy się tego w tym samym czasie, jedynie niektóre dzieci mają nieco dłuższą blokadę przed rozwiązaniem języka. Ale z doświadczenia wiem, że kiedy by to nie nastąpiło to i tak jest to zdecydowanie za szybko :)


Brak komentarzy