Babcia dobra vs. babcia zła!

Zostałam niedawno poproszona o napisanie pewnego tekstu. W pierwszej chwili, kiedy usłyszałam do czego miałabym się ustosunkować w głowie zapaliła mi się czerwona lampka "oho będzie burza!". A jako, że hormony ciążowe buzują i zawsze jeszcze mogę wszystko na nie zwalić to obiecałam, że przyjrzę się bliżej temu tematowi. O co chodzi? A no o stosunek wobec teściów i rodziców. Od dawna wiadomo, że teściowej z kawałów do rzeczywistości daleko i takie egzemplarze zdarzają się niezwykle rzadko. Jednak cała otoczka tworzona wokół tych przysłowiowych złych teściów dalej ma się całkiem nieźle. I chociaż młodzi w miarę swoich możliwości nie mieszkają już u rodziców na tak dużą skalę, jak to miało miejsce dawniej, a sami dziadkowie też nie wtrącają się  notorycznie w ich życie jak kiedyś, bo wiodą dalej swoje-równie barwne, to jednak ciągle na hasło "teściowie" reagujemy dosyć chłodno.

Tworząc nowy związek, który chcemy by z czasem zmienił się w rodzinę i zaowocował potomstwem powinniśmy przynajmniej być świadomi tego, kim są nasi teściowie. Bo chociaż nie trzeba od razu od ojca naszego partnera wymagać szczegółowej listy przebytych chorób, a matce przyszłej żony liczyć ile ma zmarszczek, w obawie że ten sam egzemplarz będziemy mieć za jakiś czas w domu, to jednak pewne podstawy wyciągamy z domu czy tego chcemy czy nie. Jeśli nasz przyszły mąż był wychowywany w domu z jasnym podziałem na role społeczne, gdzie na mamie spoczywał obowiązek zajmowania się domem i dziećmi, a tata pracował i wraz z chwilą zamknięcia za sobą drzwi miał wolne- to nie spodziewajmy się, że nagle małżonek sam od siebie zacznie dbać o czystość w mieszkaniu. Szczególnie jeśli jego rola w takim domu ograniczała się do tego, że po prostu był i chodził do szkoły. Co innego kiedy dodatkowo wraz z bratem musieli posprzątać swój pokój, pomóc mamie w zakupach i czuwał nad tym sam tata, który potrafił także od czasu do czasu ugotować obiad dla całej rodziny. Analogicznie to samo tyczy się dziewczynek; inne wzorce maja królewny za które wszystko robili rodzice lub starsze rodzeństwo, a inne te, które wychowywały się w domu z równouprawnieniem i było jasne, że wszyscy mają czas na obowiązki ale także czas na rozrywkę.
I potem dwoje ludzi z całkiem różnych środowisk; którzy odebrali całkiem inne wychowanie i przez większość swojego życia obserwowali całkiem odmienne wzorce miłości, małżeństwa i rodziny próbuje stworzyć od podstaw coś swojego. Naturalne jest, że każde z nich będzie nieświadomie próbowało wnieść jak najwięcej tego, z dotychczas miało do czynienia. Jeśli oboje darzą siebie dojrzałym i silnym uczuciem, to wtedy są w stanie dużo szybciej dojść do kompromisu i opracować wspólny plan. Ale to nie koniec tej zabawy. W zasadzie jest to dopiero początek. Bo o tyle o ile mieszkamy sami i naszym jedynym problem jest to, że partner zapomina o wrzuceniu skarpetek do kosza na pranie (Kochanie pozdrawiam Cie gorąco!), ale jesteśmy w stanie to przeżyć, to sprawa komplikuje się znacznie bardziej w momencie, kiedy pojawiają się dzieci.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakim bonusem (pośród miliona minusów) jest mieszkanie z dala od jednych i drugich dziadków! Nie wspominając o tym, że nikt nie wpadnie Ci na inspekcję, kiedy akurat urządzasz swojej drugiej połówce awanturę, bo znowu zapomniał o kolejnej miesięcznicy waszego pocałunku lub innej bardzo "ważnej" okazji. Nie musisz się też nikomu tłumaczyć dlaczego w szafce nad zlewem są przyprawy, a nie kubki tak jak przez całe życie było w rodzinnym domu. Ale nade wszystko nie musisz słuchać ciągle co robisz źle (oczywiście w dobrej wierze) w związku z waszymi dziećmi, a co za tym idzie dużo łatwiej jest wraz z partnerem ułożyć wspólny, całkiem nowy front wychowania. Oczywistym jest, że każdy rodzic uważa, że jego sposoby wychowawcze są najlepsze (przecież sami jesteśmy wizytówką naszych rodziców) i często niemożliwym do wytłumaczenia im jest to, że już nie jesteś dzieckiem i teraz to na tobie ciąży ta niezwykła odpowiedzialność. Ciężko jest przetłumaczyć dziadkom, że od teraz mają respektować twoje zasady, które ustalasz dzieciom, a zapewne -naście lat temu oni mieli dokładnie ten sam problem ze swoimi rodzicami. Najgorzej jest jednak w momencie, kiedy żadne z was nie chce ustąpić i uważa, że metody wychowawcze w jego domu były tymi jedynymi słusznymi. W ten sposób zaczynają się pierwsze poważne konflikty małżeńskie i niestety może to być także przyczyna tego, że zaczynamy zauważać wszystkie niedociągnięcia naszego partnera. A skoro został tak a nie inaczej wychowany to oznacza że winni tej chodzącej "pomyłce" wychowawczej są nie kto inni a teściowie. A kiedy w trakcie takiego docierania się młodych wpadnie jeszcze życzliwie mamusia i zacznie bronic swojego dziecka to już pierwszy krok do rozwodu... Kiedyś mój tata powiedział jedną rzecz, która utkwiła mi w głowie i mam nadzieję, że za -naście (a najlepiej -dzieścia) lat będę z tą samą mądrością wypuszczać dziewczynki w świat. A mianowicie: "młodzi powinni jak najszybciej mieszkać sami, powinni być jak najszybciej "wykopani" przez rodziców na swoje, bo dwoje to para ale troje to już tłum". Nie mowa tu oczywiście o dzieciach, które są naturalnym następstwem małżeństwa ale o wszelkiego rodzaju przyzwoitkach w postaci babć, dziadków, rodzeństwa czy znajomych. I chociaż zabrzmi to bardzo nietaktownie to strasznie doceniam to, że nie musimy się z nikim dzielić naszym życiem. Chociaż kocham moją mamę ponad życie, jest cudowną babcią to paradoksalnie mam wrażenie, że odkąd się wyprowadziłam z domu rodzinnego to mamy dużo lepszy kontakt ze sobą. I nie wyobrażam sobie sytuacji, że od teraz miałaby z nami zamieszkać. To samo dotyczy mojej teściowej, niesamowicie jestem jej wdzięczna za to jak pomogła przetrwać mi rozstanie z rodzicami ale kompletnie zmieniłoby się do niej moje nastawienie, gdyby z nami mieszkała. w momencie kiedy z kimś mieszkasz, to żyje on także w jakimś stopniu życiem reszty domowników. Myślę, że takie "rozstanie" robi dobrze i rodzicom i dzieciom. Zdecydowanie wole kiedy nasze problemy są naszymi i staramy się je rozwiązać sami bez zbędnej widowni.

Kiedy wiemy, że przyjeżdżają babcie lub my jedziemy w odwiedziny to nie ukrywam, że przymykam oko na niektóre sprawy, bo wiem że powinny nacieszyć się wnuczkami i jak najowocniej spędzić ten czas. Ale z tyłu głowy mam też to, że jak tylko zostaniemy sami to i tak wszystko wróci do normy. Na szczęście obie moje mamy nie mają tendencji do wkładania nosa nieproszone i to cenię najbardziej. Kiedy mam problem i potrzebuje czyjejś opinii to zdecydowanie wolę sama się z tym zgłosić i uzyskać poradę lub pomoc. Ale gdyby w każdej sytuacji dzwoniły i próbowały mnie na siłę przekonać do swoich racji to domyślam się, że bardzo szybko ograniczyłabym ten kontakt.

Dochodząc do meritum sprawy najtrudniejsze w tej i tak skomplikowanej relacji z partnerem i jego całym zapleczem emocjonalno-wychowawczym jest kiedy nie potrafimy odpuścić i zaczynamy bitwę o to czyje będzie na górze. Po zrzucaniu winy na teściów i ich nieudolne wychowanie naszego partnera zaczyna się batalia o to czyją babcię polubią bardziej nasze dzieci... I to jest początek tragedii. Nasze dziewczynki są dopiero na etapie uczenia się dlaczego ta jedna pani to babcia i ta druga też się tak nazywa, a w dodatku tata do jednej z nich mówi mamo skoro mama siedzi obok... Ale zaczynają coraz więcej rozumieć z tego co się dzieje wokół i wyłapywać pewne zachowania oraz doskonale odgadywać gesty. Dlatego dla mnie szalenie ważne jest to co teraz słyszą od najbliższych i jak się zwracają do tych osób. Ponieważ mam ułatwione zadanie, bo obie babcie są w porządku to nie muszę się martwić że pewnego dnia kiedy będą z nimi rozmawiać to nagle nie wypalą z tekstem bo tata powiedział że jesteś wredną babą albo babciu a mama mówiła że się zawsze wtrącasz. Myślę, że w takim przypadku zawał murowany i gęste tłumaczenie w czasie kolejnego zjazdu rodzinnego. Ale nawet jeśli właśnie takich mamy teściów to myślę, że pewne rzeczy powinny zostać w strefie dorosłych, a już najlepiej gdyby pozostały tylko w naszych głowach... Tak samo jak nie uważam, że dobrym pomysłem jest przyjaźnienie się z własnym dzieckiem, tak też pewne słowa nie powinny być nigdy usłyszane przez dzieci. Daję głowę, rękę i nogę, że każda babcia i każdy dziadek robią to uważają za słuszne i dobre dla swoich wnuków a to, że my dorośli nie potrafimy ustalić jasno pewnych granic to tylko nasza sprawa. To że nie lubię swojej teściowej nie może wpływać na to, że moje dziecko nie będzie miało z nią kontaktu, bo mam taki kaprys. Bo nic nie zyskamy, tym, że zrobimy tej (bądź co bądź dla nas obcej) osobie przykrość ale też pamiętajmy, że zrobimy tym przykrość naszemu dziecku. Czyli osobie, która jest nam najbliższa. Mówmy otwarcie o naszych uczuciach, prośmy o pewne rzeczy i jasno nie zgadzajmy się z zachowaniem, które nam nie odpowiada zamiast uśmiechać się fałszywie (co tylko potęguję niepożądane zachowanie), a następnie rozpowiadać wszystkim wokół jakich to mamy nieznośnych teściów.

Moim zdaniem rodzice mają obowiązek dbać o relacje z dziadkami i w ich kwestii pozostaje by były to relacje dobre i ponad naszymi osobistymi preferencjami. Czasami zdarza się tak, że jedni dziadkowie są bliżej niż drudzy lub mają większe zasoby do rozpieszczania ale myślę, że ponad to wszystko liczy się uczucie jakim darzą swoich wnuków. Niezależnie od tego czy to nasi rodzice czy teściowie mają dokładnie takie same prawo by spędzać czas z naszymi dziećmi i nie liczy się to czy w naszych żyłach płynie ta sama krew. Żadne z nas nie wie co czeka go za jakiś czas i czy będziemy idealnymi teściami dla przyszłych wybranków swoich dzieci. Ale czy tylko dlatego, że komuś nie spodobał się nasz kolor włosów czy to, że nie możemy im kupić najnowszego modelu PlayStation mamy nie mieć możliwości spotykania się ze swoimi dziećmi i wnukami? Myślę, że żadne z nas by tego nie chciało. Kategoryzowanie dziadków na lepszych i gorszych pozostawmy lepiej dzieciom, a oni jako jedyni dokonają tej oceny sprawiedliwie na podstawie swoich odczuć, a zapewne i tak zostanie przyznany w tej bitwie remis.

A jakie Wy macie zdanie na ten temat? Czy faktycznie Wasi teściowie to zło konieczne?


Brak komentarzy