Przyjaciółka z obowiązku?

Jak już zdążyliście zauważyć weekend to dla nas zawsze czas dla rodziny. I w związku z tym bardzo rzadko dodaję w tym czasie nowe wpisy. Jednak właśnie ze względu na to, miał się wczoraj pojawić nowy post ale mieliśmy tak cudowne towarzystwo, że nawet nie mam pojęcia kiedy okazało się, że jest już 21-sza. Także dzisiaj, wraz z początkiem nowego tygodnia pojawia się bardzo ważny dla mnie wpis. Dlatego, że dotyczy on osoby, która jest i zawsze będzie mi najbliższą osobą na świecie, niezależnie od tego co będzie się działo wokół.

Najcudowniejsze co mnie w życiu spotkało, to bycie mamą dziewczynek i możliwość obserwacji jak rozwija się od podstaw ich siostrzana więź. Chociaż przez większość czasu mam ochotę wystrzelić je obie w kosmos, koniecznie każdą w przeciwną stronę, to jednak dzięki temu, te prawie niewidoczne, drobne, piękne, siostrzane gesty są przeze mnie jeszcze bardziej zauważane. Sama przez połowę swojego życia marzyłam o tym żeby mieć siostrę. Wiecie życie z chłopakami ma swoje plusy ale nie ukrywajmy, mieć kogoś z kim będzie można pogadać o ciuchach, chłopakach i kosmetykach to byłoby coś... I wigilijnego wieczoru 14-ście lat temu Dzieciątko/Gwiazdor (czy w kogo tam wierzyliście) postanowił spełnić moje marzenia. Mama nagle w czasie kolacji wyskoczyła z tekstem, że w przyszłym roku to przysłowiowe puste miejsce zostanie zapełnione przez kogoś nowego... Oczywiście zanim doszło do mojej 12-sto letniej głowy co ma na myśli to chwila upłynęła, a później (o ja naiwna!) zagroziłam że jeśli się okaże, że to kolejny chłopak to wyprowadzam się z domu. Na szczęście marzenie spełniło się w 100% procentach i dostałam po kilku miesiącach swoją pierwszą żywą laleczkę. Na dzień dzisiejszy wiem, że to wszystko, co wtedy mogłam obserwować i w czym pomagać mojej mamie nauczyło mnie dużo więcej o macierzyństwie i opiece nad noworodkiem niż mogłaby jakakolwiek książka. Ale przewińmy o kilka lat do przodu, bo chyba nie chcecie czytać o tym jak została mi obsiusiana nowiutka biała bluzka na kilka minut przed wyjściem z domu i o tym jaką niespodziankę zgotowała mi pewnego popołudnia, kiedy miałam się nią zająć...

Przy 13-sto letniej różnicy wieku raczej ciężko było dyskutować na temat chłopaków i kosmetyków. Tym bardziej, że mając 14/15 lat, kiedy z dumą prowadziłam wózek i czułam się strasznie dorosła, bo mama obdarzyła mnie takim zaufaniem że pozwoliła samodzielnie wyjść na spacer, bardzo często słyszałam tekst "co to się porobiło na tym świecie - dzieci teraz mają dzieci". Musiałam więc zagryzać zęby, żeby nie wyjść na bezczelną, "matkować" mojemu nierodzonemu dziecku i cierpliwie czekać, aż w końcu będziemy mogły porozmawiać na babskie tematy. Oczywiście do tego doszło miliony lat później, a w zasadzie dopiero teraz, bo Ona na zawsze zostanie moim pierwszym, "testowym" dzieckiem i zawsze będę w pierwszej kolejności dbać o to, żeby nikt jej nie skrzywdził. I chociaż nie mogłyśmy się nigdy się dzielić ubraniami (a raczej od niedawna wygląda to tak że wybiera sobie coś z mojej szafy co jej oddaję), to wraz z upływem tych lat zaczynam dostrzegać inne wartości tej więzi. Teraz nie jest ona już na etapie "starsza siostra - młodsza siostra" ani "opiekunka - bobas", bo wskoczyła na znacznie wyższy, nowy poziom "przyjaciółki".

Różnicą tej przyjaźni od każdej innej jest to, że łączą nas dodatkowo więzy krwi, biologiczne źródło, które przełożyło się na niezwykłą, niczym nie wymuszoną bliskość. Wiem, że mogę na nią zawsze liczyć, bo chociaż ona ma dopiero tyle lat ile ja w momencie kiedy się urodziła to wiem, że zostanie mi najwierniejszą towarzyszką w trudnych chwilach. Siostra to skarb ale trzeba się starannie o niego troszczyć i cenić, a wtedy żniwo, które zbierzemy może nas samych zaskoczyć. Najpiękniejsze w tej relacji, czego potwierdzenie widzę każdego dnia jest to, że mimo poróżnień i złości tak połączone serca nie są w stanie długo znieść dystansu i wrogości wobec siebie. Nawet te dwa małe szkraby już po kilku minutach od awantury biegną do siebie z buziakami i tulą się tak, że maja im wyskoczyć gałki oczne. Ale nawet jeśli w tym momencie obie są dla siebie "głupie" i się nie lubią to ani się waż krzyknąć na tą drugą bo zaraz masz obrońcę, który swoim ciałem przysłoni, nawet przed najmniejszą krzywda. Ponadto najfajniejsze w takiej relacji jest to, że nikt nas do niej nie zmusza/ ona po prostu się rozwija sama. Mimo tego samego sposobu wychowania, to dwa całkiem różne charaktery, które będą mogły się wiele od siebie nauczyć. Uzupełniać wzajemnie i pomagać kiedy jedna nie będzie wstanie podołać.

Bo nawet jeśli możemy liczyć na przyjaciół, partnerów czy nawet rodziców to właśnie siostra jest tą osobą, z którą rozumiesz się bez słów. Wystarczy jedno spojrzenie i wiesz, że coś złego się dzieje. Ona bez problemu jest w stanie jakiej pomocy potrzebujemy. Czy to moment na kopa motywacyjnego czy raczej przytulenie i pogłaskanie po głowie. A kto jak nie siostra potrafi wyciągnąć cię z chandry? Jedna zabawna historia z dzieciństwa, jedno wspomnienie przeżytej wspólnie przygody i wszystko wraca do normy. Chciałabym żeby moje córki też były tego zdania, ale to może zweryfikować tylko czas.

Podobno tą prawdziwą rodzinę człowiek wybiera sobie sam bez względu na kod genetyczny ale śmiem twierdzić, że więź łącząca siostry może być idealnym wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. Chociażby ze względu na to, że ta druga jest przy nas w okresie dzieciństwa, towarzyszy przy dojrzewaniu i wspiera w życiu dorosłym. A każde wspólnie przeżyte doświadczenie nierozerwalnie cementuje naszą więź. Bo przecież kto inny ma serce takie samo jak ja?


Brak komentarzy