Jesteś niegrzecznym dzieckiem!

Kilka miesięcy temu byliśmy na pewnej uroczystości. Później zostałam określona jako matka, która nie daje sobie rady z dziećmi. Jaka była tego przyczyna? A no taka, że moje wówczas dwuletnie dziecko nie potrafiło siedzieć przy stole dłużej niż trwał czas posiłku. Że Zuza musiała trochę pobiegać, trochę pokrzyczeć i trochę narozrabiać. Czyli coś co przez okres studiów tłumaczono nam jako normalny etap rozwojowy każdego dziecka. Myślę, że wiele dorosłych nadużywa pojęcia "niegrzeczności" w stosunku do dzieci, tylko dlatego, że nie stosują się do norm ustalonych przez dorosłych w konkretnej sytuacji. Bo czy to wiele wymagać od dziecka, żeby siedziało na krześle przy stole przez kilka godzin? Według mnie zdecydowanie. Tym bardziej, że nawet dorośli wychodzą na papierosa, rozprostować nogi czy się przewietrzyć. Dlaczego wobec tego moje dziecko zostało określone niegrzecznym, kiedy po prostu zachowywało się dokładnie tak jak powinno na jego etapie rozwojowym?

Ostatnio zdarzyła się u nas pewna sytuacja i pewnie gdyby nie to, że siedziałam za ścianą to pewnie zareagowałabym dokładnie tak samo jak Robert ale to że byłam tylko biernym obserwatorem a właściwie słuchaczem, pozwoliło mi wysnuć pewne banalnie proste wnioski na ten temat. Wieczór, dziewczynki sprzątają swój pokój i tata idzie skontrolować postępy. Kilka sekund później słyszę krzyk "Susanne co Ty do cholery wyprawiasz?! Czy Ty oszalałaś?" Zuza w płacz, a ja nadstawiam uszu o co chodzi. Zgaduje w myślach czy wyprawiała akrobacje na łóżku czy może biegała z kredkami... Prawda okazała się taka, że po skończonym sprzątaniu chciała zapalić lampki, które zapalam jak przygotowuje je do spania. Oczywiście nie było szansy żeby je włączyła, bo mamy zabezpieczenia w każdym gniazdku ale sam fakt że już tam kombinowała faktycznie mógł się wydawać na pierwszy rzut oka niepokojący i niebezpieczny. Jednak czy w czasie tego krzyku dostała jakikolwiek sygnał, że to co zrobiła jest dla niej niebezpieczne? Nie. Tata uznał to za oczywiste, że wie, że nie wolno tam grzebać, bo może ją "kopnąć prąd". A prawda jest taka, że była to jej pierwsza tego typu sytuacja i najzwyczajniej w świecie wcześniej o tym nie rozmawialiśmy. Ale ona dostała taki oto sygnał; "nie wolno bo tata będzie krzyczeć", a nie "nie wolno bo mogę sobie zrobić krzywdę". Wniosek? Tak naprawdę można się tam bawić, ale tak żeby tata tego nie widział... No i nie warto pomagać rodzicom, bo można za to dostać burę.

Kolejna sytuacja; układam czyste pranie, ciesze się jak dziecko, bo już widać dno kosza czyli ostatnio moje znienawidzone zadanie dobiega końca. Wszystko pięknie, równiutko poukładane i posegregowane czeka ażeby tylko włożyć to do szafy. W tym momencie odzywają się pewne cudowne ciążowe dolegliwości i pędem biegnę do toalety. Kiedy wracam po 20-stu sekundach moje całe pranie leży na podłodze. Na nim leży zadowolony pies, a Bianca trzyma w rączkach jedną parę moich spodni i podając mi je mówi "mamy?". Oczywiście hormony szaleją i czuje, że zaraz albo się rozpłacze albo wybuchnę... I sekunda oświecenia: ale co to zmieni? Czy jeśli zacznę w tym momencie krzyczeć to rzeczy w magiczny sposób poukładają się od nowa? Niestety nie... A Bianca po prostu chciała mi pomóc w tej całej zabawie układania wieży z ubrań... Przecież mama pozwala na budowanie, wiec o co chodzi? Ale za to ja po tej przygodzie wypracowałam nowy sposób darmowej pomocy domowej- niesamowitą frajdę sprawia dziewczynkom podawanie mi z kosza każdej sztuki ubrania z określeniem do kogo należy. Więc ja mogę sobie siedzieć na kanapie i tylko muszę z dość konkretnym tempem nadążać ze składaniem. A wiecie jaką świetną zabawą jest przynoszenie każdej sztuki mokrego ubrania z pralki?

Kolejny przykład? Malujemy pokój dla najmłodszego członka rodziny, poprosiłam więc Zuzę żeby "zajęła się" przez ten czas siostrą, bo nie mogą wchodzić do pokoju. Po milionie odpowiedzi na pytania typu "a czemu?" w końcu doszłyśmy do porozumienia, że nie wolno (bo tam jest świeżo malowane, wiec mogą się pobrudzić, Fendi mogłaby wpaść do farby i nie wolno wdychać tych oparów, bo będzie ją później bolała głowa albo brzuszek") i już. Na te kilka godzin Zuza weszła do pokoju około 7 razy. Aż czy tylko? Dla Roberta to było aż i po tych kilku razach już wyganiał ją jak tylko przekroczyła próg. A ona zwyczajnie przychodziła relacjonować co się dzieje na froncie. I nawet sama od siebie przyszła się przyznać, że Bibi płacze bo ona ją ugryzła w palec... W tej sytuacji dla wielu rodziców byłby to powód do awantury, bo przecież "jak mogła ugryźć siostrę w palec i dlaczego do jasnej ciasnej jest taka niegrzeczna", ale ja sobie połączyłam fakty, że 10 minut wcześniej oznajmiła iż daje Biance lody, więc pewnie chciała od niej spróbować i tak doszło do tego incydentu. Ale skoro palec cały, płaczu było całe 15 sekund to po co źle nastawiać ją na to, że jeśli przyjdzie sama się do czegoś przyznać to spotka ją jeszcze za to kara? Przecież ona ma tylko 3 lata i jej mózg nie ogarnia jeszcze konsekwencji czynów i tego, że są też niestety takie, które przynoszą skutki nieodwracalne. Dlaczego mam wymagać od niej tego, czego powinnam wymagać od kogoś kto ma co najmniej 2 lub 3 razy więcej lat niż ona. Na te kilka godzin sama "zajęła się" siostrą i psem, nakarmiła ich, a kiedy panna B zbliżała się do drzwi to tłumaczyła, że tam nie wolno wchodzić bo mama z tatą "malowają pokój dla kuleczki i tam strasznie fuj śmierdzi". Co z tego, że pobrudziły trochę kanapę, porozrzucały wszędzie zabawki i dwa razy trzeba było wyjść je uspokoić żeby nie piszczały tak głośno? Przecież to tylko dzieci i jak dla mnie to ogromny sukces, że przez te 2/3 godziny potrafiły się zająć sobą, przeżyć w jednym kawałku i TYLKO dwa razy trzeba było interweniować. 

Dziecko, które ma półtorej roku i na wszystko odpowiada "nie" robi nam to po złości? Nie, ono właśnie uczy się tego na ile może sobie pozwolić. I nie chodzi o to aby teraz zgadzać się na każde jego "nie" i posłusznie wykonywać to czego nasz królewicz/królewna nie chce zrobić. Ale żeby ustalić pewne granice, których nie może przekroczyć. I tak naprawdę wystarczy tylko inaczej sformułować to o co nam chodzi i już dziecko chętnie wykona nasze polecenie. U nas kiedy przychodzi do sprzątania zabawek i słyszę "nieee" to wystarczy usiąść z nimi w pokoju i urządzić konkurs "kto pierwszy pozbiera wszystkie klocki" albo "kto znajdzie ostatnią kredkę". One mają frajdę, a ja uzyskuję to czego chciałam czyli porządek. Chociaż czasami kredki lądują w puzzlach, a klocki z lalkami to trudno, najważniejsze że wchodząc tam w nocy na nic nie nadepnę, a przecież jutro i tak lalka znowu pójdzie w obroty a z klocków będą powstawać kolejne budowle.
Naturalnym następstwem tej sytuacji "nie" na wszystko jest "bunt dwulatka", a potem "bunt trzylatka" i tak dalej... Prosta nazwa, która już nastawia nas negatywnie do tego okresu i szufladkuje dziecko jako niedobre, a tak naprawdę to nic innego jak kolejny etap rozwoju, który dziecko MUSI przejść, by poznać ile jest warte w oczach rodziców i wypracować swój charakter.

Dlatego nie zmuszam dziewczynek to tego by okazywały kwieciste uczucia każdemu członkowi rodziny, pozwalam się im przytulać do tych których chcą i nigdy nie usłyszą ode mnie, że są niegrzeczne, ponieważ nie chcą dać buziaka cioci, babci, wujkowi czy nawet mamie lub tacie. To ich przestrzeń osobista, a czasami my dorośli, znający "zasady" także nie zawsze mamy ochotę na przesadne czułości z brodami wujków, perfumami ciotek i osobami, które widzieliśmy zaledwie 3 razy w życiu. Pozwalam im na to żeby były niegrzeczne, na każde "nie", i nawet na to żeby sobie pokrzyczały jeśli czują taką potrzebę. Jak możemy wymagać od dziecka pełnej kontroli nad emocjami jeśli czasami my jako dorośli nie dajemy sobie z tym rady? I chociaż Robert puka się w głowę, bo jego zdaniem robią co chcą, to one same już wiedzą na co mogą sobie pozwolić przy mamie, a co przekracza nawet moje rozciągnięte granice. Czasami próbują je w delikatny sposób jeszcze bardziej rozciągać ale kiedy widza, że i tak ta próba spełznie na niczym to same się wycofują. Nie potrzebują zastraszania w postaci krzyków, klapsów i innych magicznych  "uspokajaczy". Pozwólmy dzieciom być dziećmi w całej tego słowa okazałości, pozwólmy im popełniać "kontrolowane" błędy i nie szufladkujmy je jako niegrzeczne, kiedy nie potrafią się dostosować do naszych dorosłych norm. Bo wiecie co? Chociaż czasami samej brakuje mi sił na te ich wszystkie pomysły i ciężko mi nie zareagować w sztampowy sposób, to wiem, że mam fajne, energiczne, grzeczne i przede wszystkim szczęśliwe dzieci! 


4 komentarze

  1. "Can't wait to see her?" Czyli kolejna kobietka?

    OdpowiedzUsuń
  2. Rodzicom chyba łatwiej przychodzi aby nazwać dziecko niegrzecznym bądź tłumaczyć się buntem - sami po prostu nie dają sobie z dzieckiem rady i zamiast spróbować zrozumieć czemu maluszek się tak zachowuje wolą krzyczeć i zwalać winę na "bunty" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie, chociaż ciocie "dobra rada" tez potrafią dolać oliwy do ognia!

      Usuń