SOCIAL MEDIA

środa, 17 sierpnia 2016

1,2,3,4...

Zanim znowu zbombarduję Was kolejnymi porcjami DIY pokażę Wam tradycję, którą stworzyliśmy całkowicie przypadkiem! Trzy lata temu o podobnej porze, ja w wersji 2in1 i Robert korzystaliśmy z ostatnich samotnych dni. I jak to zwykle bywało, każdy weekend spędzaliśmy nad jeziorem, które możecie zobaczyć we wcześniejszym poście. I jakiś czas temu doszukałam się zdjęć (robionych chyba kalkulatorem), gdzie jestem praktycznie tydzień przed porodem na ulubionej trampolinie Zu, dlatego też nie dziwcie się, że wyglądam jak wieloryb wyrzucony przez morze.

I czekam teraz na publiczny lincz ale oczywiście, że na niej skakałam! Wiem, nie było to najrozsądniejsze, baa było to idiotycznie głupie, ale takie chyba są uroki pierwszej, książkowej ciąży. W ogóle nie myśli się o powikłaniach i konsekwencjach. Co więcej grałam nawet w siatkówkę i nie myślcie, że się obijałam. W tej chwili dziękuję Bogu, że nic się nie stało. Ale do rzeczy. Jako, że jest to nasze ulubione miejsce na upalne weekendy, to gdy Zuza miała prawie rok tam spędziliśmy połowę wakacji. I tak powstało kolejne zdjęcie. W zeszłym roku, gdy Susanne próbowała już sama sobie dać radę zmusiłam Roberta żeby nam zrobił trochę zdjęć. I tak wyszło trzecie w tym samym miejscu. A teraz, kiedy zauważyłam, że są już trzy w tym klimacie, to postanowiłam zrobić z tego mini tradycję. Oczywiście nie są to zdjęcia robione równo co rok, ale myślę, że mimo wszystko może wyjść z tego coś ciekawego za kilka lat i kolejnych zdjęć. Teraz muszę tylko poszukać jakieś zdjęcia brzuszkowe z Bianką, żeby dla niej stworzyć coś podobnego!

A Wy macie takie sesje pokazujące rozwój Waszych pociech, co myślicie o takim pomyśle?


Prześlij komentarz