Dawno dawno temu... był sobie poród

Wyrażając swoją opinie kilkanaście razy słyszałam, że przesadzam, przecież cesarka to nie jest żaden poród -leżysz sobie, a lekarze robią wszystko za ciebie. I najfajniejsze jest to, że mówią mi to osoby, które nie mają dzieci albo rodziły tylko przez cięcie cesarskie. Ale wiecie co? Tak, faktycznie, cesarka to nie tylko poród ale gorszy z porodów i poważna operacja.


Mimo towarzyszącego strachu i bólu, bo nie oszukujmy się ale poród naprawdę boli, jestem wielką szczęściarą, bo mój pierwszy poród skończył się bez żadnego znieczulenia, po 3 godzinach silnych skurczy (do samego końca co 3 minuty!). Ale dla jasności mój próg bólu jest wysoki, dla kogoś kto ma go znacznie niższy rodziłabym prawie 24 godziny, bo tyle czasu upłynęło od pierwszych skurczy, aż do rozwiązania. Nie mniej jednak z porodu wracałam na własnych nogach do sali. Troszkę się przeliczyłam, bo przy tak wysokiej anemii i wysiłku po prostu po kilku krokach zemdlałam. Ale po dwóch godzinach od porodu czułam się jak nowonarodzona, byłam w stanie zrobić wszystko co chciałam. W moim szpitalu obowiązuje system rooming in, jednak bez żadnego problemu potrafiłam się zająć sobą i Susanne. Od pierwszego dnia po porodzie nie miałam na co narzekać, bo nie bolało mnie kompletnie nic! Z cudownym nastawieniem i wspaniałymi wspomnieniami oczekiwałam kolejnego porodu. I tu zaczęły się schody, najpierw w 20-stym tygodniu na badaniu usg usłyszeliśmy- rozpoczął się poród, bo odeszły wody płodowe! Pojechaliśmy prosto do szpitala, po badaniach okazało się, że to "tylko" małowodzie. Szczęście w nieszczęściu. Ginekolog prowadzący stwierdził, że ciążę jeszcze można usunąć i będzie po problemie. Miałam w tamtej chwili ochotę złamać mu nos! Na szczęście, każde kolejne badania wykazywały, że nerki pracują, a maleństwo przybiera powolutku na wadze. Każdy kolejny dzień był jak błogosławieństwo, że jeszcze grzecznie siedzi i czeka. Niestety, siedziała, a jakżeby inaczej, z głową do góry. Przez to, że było zbyt mało wód i nie miała zbyt wiele miejsca spodziewałam się, że raczej się już nie odwróci. Po kilku godzinach rozmowy z położną ustaliłyśmy, że robimy cesarkę. Nie chciałam się zgodzić na poród pośladkowy, by oszczędzić nam obu stresów, a obracanie nie wchodziło w grę z powodu małowodzia. Decyzja zapadła i nie było odwrotu. Sam dzień porodu był dosyć szalony, bo dzień wcześniej ustalono, że będę rodzić jako druga, około godziny 9:30. O 7:05 okazało się, że jadę pierwsza, więc mam być za 15-ście minut gotowa, a Robert z Zuzia muszą być na miejscu, żeby zająć się Bibi, w czasie kiedy będę leżeć na sali pooperacyjnej. Tych dwoje spało sobie w najlepsze, a ja jedną nogą i ręką pod prysznicem, a drugą wydzwaniałam jak głupia. Dzięki Ci Radek, że odebrałeś wtedy telefon ;) Kładąc się na łóżko i jadąc na blok operacyjny byłam zestresowana jak nigdy! Na samej sali gwar i żarty troszkę pozwoliły mi się rozluźnić. Pani anestezjolog żartowała sobie, że jak to możliwe żeby w dniu porodu, razem z dzieckiem ważyć 60kg! A ja w tamtym momencie nie zdawałam sobie sprawy, że to jest właśnie moja zguba... Podano mi znieczulenie, jednak przy wkuciu zahaczono o któryś z nerwów, bo zaczęłam tracić czucie w nodze. Gdy zwróciłam na to uwagę, usłyszałam, że tak musi być. Po szybkiej wymianie zdań, że tracę czucie tylko(!) po lewej stronie, usłyszałam "ups entschuldigung!". Moje ciśnienie i automatycznie akcja serca Bibi wzrosła o 100%. Później leżąc już na łóżku bardzo długo nie przestawałam tracić czucia i tylko kołysałam sobie stopami w prawo i lewo. W końcu jednak nastąpiła sama operacja. Do samego końca pani anestezjolog stała mi nad głową i próbowała zabawić- na przykład dokładnie opisując co się dzieje w tej chwili. Dziękowałam Bogu, że nie rozumiem ani słowa z tego medycznego żargonu, a to co zrozumiałam nie miało sensu. Bo z pewnością uciekłabym stamtąd czym prędzej- nawet na rękach! Ale byłam jeszcze skupiona na czymś innym- czułam ból i to przeraźliwie straszny. Jednak w głowie sama siebie przekonywałam: "dziewczyno wyobrażasz to sobie, przecież nic nie czujesz- dostałaś znieczulenie, uspokój się bo szkodzisz dziecku!" Wiecie, bo jest coś w tym mózgu matki, że do samego końca, zawsze(!), ta maleńka cząstka ciebie jest ważniejsza niż ty sama. Operacja właściwie przebiegła szybko i sprawnie, a gdy usłyszałam płacz Bianki już nic nie miało dla mnie znaczenia. Położna pokazała mi ją i wzięła od razu do Roberta i Zuzi. Mnie skończono szyć i przewieziono na salę pooperacyjną. Wyobrażałam sobie jak Zu zareagowała na siostrę, a po kilku(!) minutach poczułam, że mogę poruszać stopami. Po 15-20 minutach od skończenia operacji, kiedy przewieziono mnie na oddział, czułam już wszystko. Ponieważ tym razem bardzo chciałam karmić, musiałam odmówić wszelkich środków przeciwbólowych, żeby nie mamić organizmu i wywołać laktację. Wyobraźcie sobie jaki to ból. Jeśli miałyście kiedyś wbite coś aż do mięśnia, chociaż na centymetr szerokości, to możecie to pomnożyć razy 20-ścia. Bo tyle miała moja rana zaraz po porodzie. Sam pobyt w szpitalu wspominam najgorzej ze wszystkiego, jak mówiłam w szpitalu obowiązuje rooming-in, więc malutka była ciągle ze mną. Chociaż dostałam zakaz wstawania przez 24 godziny, już wieczorem tego samego dnia maszerowałam, żeby przebrać Bibi pampersa. Było to zdecydowanie moje najgorsze i najdłuższe 3 metry w życiu! Ale później było z każdym dniem coraz lepiej. Każde kolejne wstawanie, chociaż wymagało nie lada samozaparcia i siły, było łatwiejsze. Po dwóch tygodniach od operacji moja położna zachwycała się, że blizna wygląda pięknie(serio?) i prawie w ogóle jej nie widać. Jednak przez 4 miesiące po porodzie mogłam zapomnieć o jakiejkolwiek aktywności fizycznej. A czucie w miejscu blizny zaczyna wracać dopiero teraz. Wiem, że była to słuszna decyzja, bo wiedziałam, że tylko w ten sposób będę mieć pewność, że już nic więcej się nie wydarzy, że Bianca będzie w pełni bezpieczna. Jednak ordynator przed wejściem na salę powiedział mi, że cesarskie cięcie ma to do siebie, że jest w 100% bezpieczne dla dziecka, ale dokładnie tak samo niebezpieczne dla matki. Jedynym plusem cesarki, oprócz bezpieczeństwa dziecka jest to, że jeden ważny temat mamy (na razie) z głowy, bo Zuzia dokładnie może zobaczyć jak się jej siostra urodziła. Czasami sama przychodzi i delikatnie dotyka blizny z pytaniem : "mama boli? Bibi w brzuszku?" Gorzej kiedy zacznie pytać jak ona się tam znalazła ;)

Także wszystkie mamusie oczekujące dzidziusia przemyślcie jeszcze raz czy aby na pewno chcecie mieć cesarkę na żądanie, z obawy przed bólem...

P.S. Jak się okazało później, po rozmowie z panią doktor, wcale nie była to moja wyobraźnia i naprawdę wszystko czułam, bo ilość znieczulenia (proporcjonalna do mojej/naszej wagi), była dla mojego organizmu zbyt mała...


Brak komentarzy