SOCIAL MEDIA

piątek, 11 grudnia 2015

Darowanemu... bla bla bla.

No dobra, będę wredna. Nawet bardzo wredna ale czasami nie da się inaczej. Po przeczytaniu pewnego tekstu (dziękuje Aniu!) naszła mnie refleksja na temat podziału ludzi ze względu na przynoszone przez nich prezenty. A jako, że coraz większymi krokami zbliża się Boże Narodzenie czyli czas obdarowywania się prezentami to myślę, że jest to temat jak najbardziej aktualny. Lubię dostawać prezenty jak chyba każdy i chociaż jestem bardzo wybredna, to staram się cieszyć z wszystkiego nawet jeśli sam prezent nie za bardzo leży w moim guście. Doceniam czas poświęcony na wybór i każde pieniążki wydane na moją osobę. Jednak czasami..., czasami po prostu się nie da...


1. Rozmiar ma znaczenie! 
Ludzie, którzy przynoszą prezenty które widać! I to takie, które widać z 200-stu metrów, czyli o ile nie trafi w twoje gusta, to za bardzo nie wiesz co z nim zrobić=gdzie go ukryć. I to najlepiej tak, żeby nie podnosił Ci ciśnienia, ilekroć będziesz wchodzić do danego pokoju. I potem stoisz przed takim metrowym misiem, który się tylko kurzy, bo latorośl w zasadzie ma go w nosie lub domkiem dla lalek, który służy jako szafa dla wszystkich mieszkańców pokoju... 

2. Po całości=po taniości.
Czyli im więcej tym lepiej. Niestety lepiej tylko jeśli chodzi o liczbę, a nie jakość. Szczególnie dotyczy to wszystkich ubranek i innych dodatków garderobianych. Jestem szczególnie wybredna jeśli chodzi o "styl" moich dziewczynek i przez dwa latka próbowałam wyeliminować wszystkie życzliwe prezenty z głupimi nadrukami. Po tym czasie wreszcie mi się to udało! I HK mam dość do końca życia! A poza tym co nam po tym, że dostajemy 10 bluzeczek i 5 par spodni, jak niestety po pierwszym lub drugim praniu nadają się jedynie do polerowania lustra (polecam!). 

3. Byle co, byle jak. 
Prezent na ostatnią chwilę kompletnie nieprzemyślany, czyli tylko po to żeby był. Albo jakieś mała zabaweczka (ryzyko połknięcia wzrasta o 300%) albo (o zgrozo!) słodycze... Zuzia miała pewien okres w życiu, który niestety się kończy, że nie brała nic słodkiego od nikogo obcego. Co złego jest w słodyczach? Nic, tyle że koniec końców lądują w moim lub Roberta brzuchu, bo przecież trzeba dbać o zdrowie i ząbki dzieci :) Do tej kategorii zaliczam też "samotniki". Zabawki którym niby tak blisko, a jednak tak daleko do swoich "kuzynów". Co zrobić z jednym opakowaniem klocków, które nie pasują do całej reszty? Co zrobić z akcesoriami, które nie pasują do żadnej lalki? 

4. Zabawki pseudo-edukacyjne.
Wszystkie kolorowe, grające, niby edukacyjne zabawki. Czyli im więcej się świeci i im głośniej gra tym lepiej. Pierwszą rzeczą po wyjściu gościa z domu jest niestety wyciągnięcie baterii lub usunięcie takiego ustrojstwa z pola widzenia dzieci. Dostaję białej gorączki jak dziewczynki siedzą i załączają te muzyczki. Po prostu moje uszy chyba są  zbyt wrażliwe na te drażniące tony. A Zuzia ma manię włączania non stop jednej melodyjki, aż do znudzenia albo wciskania replay po 2 sekundach... Stanowcze nie dla takich mega pomocnych prezentów! 

5. To się przyda! 
Prezenty z misją! Na tyle tajemniczą misją, że czasem sama jej nie łapiesz. Czyli rzeczy, które "koniecznie ci się przydają". No kurczę skoro są takie niezbędne to pewnie kupiliśmy je w pierwszej kolejności. I moim zdaniem to naprawdę nie jest konieczne żeby mieć 7 kocyków i 15 ręczników... 

6. Na później. 
Do tej kategorii zaliczam wszystkie za duże ubranka (szczególnie te sezonowe), bo przecież dzieci tak szybko rosną! I tak w okresie zimy mamy 15 par body z krótkim rękawem i 5 sukieneczek, bo miało być na potem. Do najśmieszniejszych sytuacji dochodziło jak dostawaliśmy ubranka z okazji narodzin Bianki ("rozmiar 80 - będziesz miała na potem"), a ja wiedziałam, że do Bibi to one z pewnością nie dotrwają, bo były idealne wtedy na Zuzię :) 



I jak wyjść obronną ręką z konieczności obcowania z tak wybredną osobą jak ja? Pytać! Po prostu pytać czy czegoś nie potrzebują, czy jest coś co szczególnie interesuje dzieci. Susanne ma ostatnio ciężką fazę na wszystkie książeczki. Siedzi potem jak zaczarowana i "czyta" wszystko co jej wpadnie w łapki. A poza tym jak nie masz już kompletnie pojęcia to kup kartę podarunkową! Przed urodzinami Roberta nasza znajoma pytała mnie co mają kupić, bo wiedziała ze nie lubi dostawać alkoholi. I w trakcie rozmowy zaproponowała właśnie taka kartę! Myślę, że to był prezent z którego najbardziej się cieszył, bo sam sobie wybrał coś co podobało się jemu samemu, a nie musiał za to płacić. Dzięki Kasiu! Myślę, że to najmądrzejszy prezent kiedy nie jesteśmy pewni co do gustu osoby obdarowywanej. Sumę na takiej karcie śmiało dostosowujemy do naszej aktualnej zdolności finansowej, a jeśli ktoś ma ochotę to może sobie dołożyć do wybranej rzeczy. I tutaj należy zwrócić uwagę ze o ile taka karta to super pomysł to pieniądze już niekoniecznie. Nie wiem czy tylko u nas tak jest ale jeśli dostajemy jakieś pieniądze to zawsze znikają w tajemniczy sposób. A potem korzystając z toalety podcierasz się swoim prezentem albo jesz go w czasie obiadu... Zawsze jest milion ważniejszych spraw niż wydać je od razu na siebie. A później płacąc nimi za zakupy myślisz "przecież kupie sobie coś jak tylko...(wstaw swój powód)". Niestety to: "jak tylko..." zazwyczaj nigdy nie nadchodzi. 


Prześlij komentarz