SOCIAL MEDIA

niedziela, 15 marca 2015

Piątek 13-go.

O taaaak... Jakby mi było mało z powodu buntu naszego dziecka i ząbkowania to postanowiłam sobie jeszcze dołożyć "cierpień" w postaci pozbycia się uspokajacza. Oj głupia ja... 




Co prawda nasza Zuzia nie jest dzieckiem, które biega cały dzień ze smoczkiem w buzi ale już mnie trochę męczyło wstawanie w nocy, kiedy ten "przyjaciel" postanawia czmychnąć z łóżeczka. I trzeba go po omacku szukać w dodatku w ekspresowym tempie, żeby się przypadkiem Królewna nie rozbudziła. I tak o to, ni z gruchy ni z pietruchy, postanowiłam się go pozbyć i to w miarę szybko, żeby nie było żalu, że Dzidzia będzie mieć (chociaż musimy to przemyśleć), a Zuzi nie wolno. Albo nie daj Boże żeby sobie pożyczała smoczka siostry. Oczywiście odpowiednio "przygotowałam się" do tego zadania, wiec wyszukałam sobie kilkanaście sposobów. Od razu wykluczyłam kilka ponieważ Zuzia jest za mała i z pewnością nie zrozumiałaby, że jeśli sama wyrzuci smoczka to dostanie coś w zamian albo że smoczek zabierze wróżka i odda małym dzieciom. Nie chciałam też go nagle "zgubić", bo pamiętam co się działo gdy faktycznie zgubił się nam smoczek... Nie udał się także pomysł zamiany smoczka na znacznie mniejszy. Wyciągnęłam pierwszy smoczek Zuzi i podmieniłam. I co zrobiła? Wzięła smoczek popatrzyła na mnie i parę razy wyciągnęła go z buzi po czym z powrotem włożyła i poszła spać... Opadły mi ręce i dałam jej spokój na miesiąc.

Ale coś mnie wczoraj tknęło i zachciało mi się podejść jeszcze raz do tego tematu. Tym razem zrobiłam coś czego niestety (a może na szczęście) nie można cofnąć- obcięłam kawałek smoczka. Pokazałam, że Misio odgryzł kawałek smoczka. Początkowo nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia, aż do czasu drzemki. Parę razy wzięła smoczek i już coś jej nie pasowało. Ale potem zaczęła się cała zabawa. Przez półtorej godziny miauczała i jęczała nad swoim ciężkim żywotem ale później zasnęła. Pewnie gdyby można było jakoś odwrócić cały proces, to w tym momencie bym się poddała i oddała smoczek. Chyba żadna mama nie chce doprowadzać do płaczu swojego dziecka. Jednak wieczorem (o dziwo) poszło zdecydowanie łatwiej. I chociaż trzymała smoczek dla Misiaka, (który tez ciągle go wypluwa- dziwne ;P ) to jednak do buzi go już nie wkładała. Chodzi ze smoczkiem zawieszonym na tasiemce i wszystkim pokazuje jak Misio odgryzł kawałek.
Dzisiaj po 3 dniach mogę przyznać, że jestem zadowolona i strasznie dumna z mojej półtorarocznej Królewny. I chociaż początkowo serducho mi krwawiło i pomyślałam sobie, że podanie jej smoczka to była najgłupsza rzecz jaka mogliśmy zrobić, to ciągle uważam, że jednak parę razy uratował nam tyłek a znacznie gorszą rzeczą jest pozwolenie maluszkowi ssać paluszek (którego w razie potrzeby nie da się "odstawić") lub zastępowanie (a konkretnie zapychanie) smoczka - jedzeniem.


2 komentarze :

  1. U nas też zadziałał sposób z obciętym smoczkiem:) Tylko, że powiedzieliśmy, że to nasz piesek odgryzł kawałek.. więc pies przez jakiś czas miał przechlapane;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe biedny piesio ;) Muszę przyznać, ze to chyba najlepszy pomysł, a Zuzia chodziła i ciągle dawała misiowi, który z oczywistych względów smoczka nie mógł wziąć do buzi. Ale ostatnio sama przyniosła smoczek, złapała mnie za rękę i poszłyśmy wyrzuć go do kosza. Zrobiła "papa" i bach ;)

      Usuń