Konik na biegunach

Macierzyństwo to niesamowity cud. I nie tylko jeśli chodzi o poczęcie i narodziny małego w pełni ukształtowanego człowieka bo to temat na całą książkę. Macierzyństwo zmienia... Bardzo.


O 180 stopni. Pojawienie się dziecka nie tylko pozwala przeżywać wszystko od początku; patrzeć na świat oczami małej istotki, która wszystko widzi po raz pierwszy, która zachwyca się tym jak okazujesz jej zainteresowanie i cieszy się z każdego uśmiechu, ale zmienia kobietę. I to nie tylko psychicznie ale także fizycznie ( i nie chodzi mi tutaj o dodatkowe kilogramy czy rozstępy). W organizmie zachodzi taka metamorfoza, że chyba mogę się pokusić o stwierdzenie, że do 15.09.2013 byłam całkiem innym człowiekiem. Mówili mi: zobaczysz to będzie instynkt, ale ja tylko kiwałam głową i w duchu modliłam się żeby przynajmniej nie zrobić krzywdy tej maleńkiej Istotce, która miała się pojawić. Ale coś w tym jest. Prosty przykład- uwielbiam spać... nie właściwie to ja kocham spać! I wszystko w przeciągu pierwszej minuty życia mojego dziecka się zmieniło. Chociaż byłam od 23 godzin na nogach i dodatkowo po porodzie nie potrafiłam zasnąć nawet na minutkę by nie stracić każdej kolejnej minuty życia mojego Skarbu. Potrafiłam nie spać w nocy tylko po to by patrzeć na mój śpiący Cud i cieszyć się każdą przypadkowo zrobioną minką. I choć przyznaje, że miałam moment załamania około 4 miesiąca kiedy to niedospanie i nocne pobudki się skumulowały razem z bólem brzuszka Susanne, wtedy o 2 w nocy siedziałam na łóżku i płakałam razem z nią. Z powodu jej bólu, mojego wyczerpania i bezsilności wobec tej sytuacji. Ale nigdy, przenigdy nie uwierzyłabym komuś, gdyby powiedział mi jeszcze dzień przed porodem, że będę słyszeć w nocy każdy jej jęk czy głośniejszy oddech. I tak jest do tej pory.

Jestem nerwowa. Oj okropnie nerwowa i strasznie niecierpliwa. To chyba może potwierdzić każdy kto miał ze mną jakikolwiek kontakt. I nagle po urodzeniu okazuje się ze nie tylko potrafię być oazą spokoju, ale jeszcze mogę siedzieć 20 minut i tłumaczyć mojemu dziecku, że nie wolno bić mamy. I chociaż wiem, że Ona za pół godziny znowu przyjdzie mnie trzasnąć albo ugryźć to powtarzam ten rytuał aż do skutku. Czasami sama sobie się dziwie bo mając młodsze rodzeństwo pamiętam, że wystarczyło im pół minuty by wyprowadzić mnie z równowagi. I nie tylko krzyczałam po nich tak jak się dało, ale tez wcale nie rzadko zdarzyło mi się klepnąć brata lub jak już był starszy to tłuc się na całego. Na całe szczęście obyło się bez większego uszczerbku na naszym zdrowiu :) Ale Jej jestem w stanie powtarzać milion razy ze nie wolno dotykać piekarnika i wcale mi to nie przeszkadza że za chwile znowu będę to musiała powtórzyć. 

Owszem teraz wyjątkowo daje mi się we znaki i ze względu na mój odmienny stan i to, że jej temperament niestety jest bardziej podobny do mojego ( już widzę uśmiech satysfakcji mojego Męża, kiedy to przeczyta)... Ale mimo to za każdym razem kiedy zrobi coś złego a za chwile przyjdzie się przytulić to biorę ja na rączki i przytulając zapominam o wszystkim, bo wiem, że bez Niej moje życie byłoby szalenie puste.

Brak komentarzy